Newsletter
Odwiedzi³o nas

 

Fundacja ¦wiêtego Miko³aja

 

Muzeum Powstania Warszawskiego

 

Instytut Stefana Starzyñskiego

 

Centrum My¶li Jana Paw³a II

 

Stowarzyszenie Twoja Sprawa

 

O¶rodek My¶li Politycznej

 

Fundacja "Dzie³o Nowego Tysi±clecia"

 

Instytut Tertio Millennio

 

Muzeum PRL

 

Stowarzyszenie Katolickiej M³odzie¿y Akademickiej

 

Nowa Europa

 

Dialogi Polityczne

 

Nowe Kryteria

 

First Things

 

Christianitas

 

Fronda

 

Arcana

 

Miêdzynarodowy Przegl±d Polityczny

 

Pressje

 

Biuletyn IPN

 

Zeszyty Karmelitañskie

 

Ius et Lex

 

Labolatorium Wiêzi

 

W drodze

 

Nowe Pañstwo

 

Go¶æ Niedzielny

 

ETHOS

 

 

 

 

Radio Wnet

 

Salon24.pl

 

duchowy.pl

 

Fidelitas

 

Kresy.pl

 

Wydawnictwo WAM

 

Fundacja Odpowiedzialno¶æ Obywatelska

 

 

 

 

Instytut Tomistyczny

 

 

 

 

 

 

STOP PORNOGRAFII

 

 

 


  

 

Mecenta TP

 


  


 


 


 


 

 

Wywiad Magdaleny Bajer z W³odzimierzem Boleckim (Wydawnictwo Fronda) Email
ImageOdkrywa³em religiê tak¿e jako nowy jêzyk komunikacji, nie poddany ideologicznemu frazesowi, a zarazem pe³en poetyckiej symboliki i otwarty na metafizyczny wymiar cz³owieka.

Jak wierz± uczeni?

WIERZ¡C W BOGA, CZUJÊ SIÊ BEZPIECZNIEJ W¦RÓD LUDZI

 

Magdalena Bajer: Jest pan wierz±cy?

W³odzimierz Bolecki: Je¶li musimy zacz±æ od takiej deklaracji, to tak.


Z wychowania?

- Z wyboru.


Wychowa³ siê pan w rodzinie katolickiej?

- Ca³a rodzina mojej matki jest wierz±ca i praktykuj±ca.


Na czym polega³ wybór? Kiedy pan go dokona³?

- Zaczê³o siê na prze³omie lat 60. i 70., mniej wiêcej pod koniec liceum, kiedy cz³owiek zaczyna siê g³êbiej zastanawiaæ nad ¶wiatem. Wiara (i religia, choæ s± to ró¿ne do¶wiadczenia) sta³a siê dla mnie rodzajem m³odzieñczego buntu przeciwko systemowi politycznemu, w którym dorasta³em. Nie prze¿y³em jednak ¿adnego prze³omu – to by³a kwestia inspiracji i poszukiwañ, a nie ol¶nieñ czy nawróceñ. Paradoksalnie, jednym z wa¿nych czynników by³a dla mnie szko³a. Ta, do której chodzi³em, czyli VI Liceum im. Tadeusza Reytana w Warszawie, by³a wyj±tkowa. Dziêki bardzo dobrze prowadzonym przedmiotom humanistycznym u¶wiadomi³em sobie znaczenie problematyki metafizycznej, transcendentnej dla rozumienia zarówno literatury, kultury jak cz³owieka w ogóle. Dzisiaj powiedzieliby¶my - problematyki antropologicznej. Wtedy ten termin by³ rzadko u¿ywany.


Wtedy by³y szczególne powody do buntu...

- Dojrzewa³em miêdzy „marcem” a „grudniem”, w okresie gwa³townych strajków, wstrz±sów spo³ecznych, wyp³ywania na wierzch ca³ej obrzydliwo¶ci systemu komunistycznego, jego zdziczenia i barbarzyñstwa tej ideologii.


Tak pan to odczuwa³?

- W³a¶nie tak, a nawet jeszcze mocniej. Mia³em w liceum bardzo wybitnego polonistê, Ireneusza Gugulskiego, cz³owieka nowoczesnego, ¶wietnie wykszta³conego, g³êboko wierz±cego, prawdziwego intelektualistê, a równocze¶nie nauczyciela niepokornego, po prostu buntownika. Gugul, bo tak go nazywali¶my, po¶wiêca³ na lekcjach wiele uwagi miejscu religii w kulturze, w formowaniu postaw ludzi, kszta³towaniu ich ¶wiatopogl±du. To, co zna³em jako cotygodniow± formê obyczajowo¶ci, nagle zyskiwa³o inny wymiar. Otwiera siê przede mn± sfera, dla której nie by³o miejsca w oficjalnym obrazie ¶wiata. Sfera, któr± w PRL-u przedstawiano jako pusty rytua³ sprzeczny ze ¶wiatopogl±dem naukowym ludzi nowoczesnych, ods³ania³a siê jako podstawowa dla rozumienia kultury, historii cywilizacji, po prostu cz³owieka. O¶wietla³a wybory i decyzje zarówno postaci historycznych, jak i moich bohaterów literackich. Dziêki prof. Gugulskiemu w liceum zacz±³em czytaæ "Tygodnik Powszechny", a przygotowuj±c siê do matury regularnie czyta³em "Wiê¼" i "Znak", literaturê emigracyjn±. No i s³ucha³em Wolnej Europy. W tym wieku dojrzewa siê intelektualnie szybko, a przy takich oddzia³ywaniach formacyjnych i w warunkach narastaj±cej opresji politycznej, pog³êbienie wiary by³o dla mnie czym¶ naturalnym. Tak¿e dlatego, ¿e wiara sta³a siê wyrazem sprzeciwu i p³aszczyzn± odniesieñ dla warto¶ci, którym rzeczywisto¶æ spo³eczna zaprzecza³a. By³em w pierwszej klasie liceum, gdy rozpocz±³ siê „marzec”, z ca³ym jego antysemickim obrzydlistwem i politycznym zdziczeniem, parê miesiêcy pó¼niej widzia³em polskie wojsko jad±ce na podbój Czechos³owacji, a dwa lata potem mia³a miejsce masakra na Wybrze¿u. To by³ klimat polityczny, który mnie dusi³. Natomiast religia wprowadza³a przestrzeñ innych relacji miêdzy lud¼mi, poczucie wspólnoty zupe³nie odmiennie ukszta³towanej ni¿ wszystkie oficjalnie istniej±ce formy. No i jêzyk! Odkrywa³em religiê tak¿e jako nowy jêzyk komunikacji, nie poddany ideologicznemu frazesowi, a zarazem pe³en poetyckiej symboliki i otwarty na metafizyczny wymiar cz³owieka.


Czy do¶wiadczenie wiary, które kszta³towa³o pana stosunek do aktualnej rzeczywisto¶ci, wp³ywa³o na widzenie przesz³o¶ci, uwra¿liwia³o na k³amstwa historyczne, obecne przecie¿ w szkolnym nauczaniu​?

- Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi siê, ¿e ju¿ wtedy zdawa³em sobie sprawê, choæ raczej intuicyjnie, ze zdegenerowania i fa³szu tej pseudonowoczesno¶ci, któr± reprezentowa³y pañstwo, szko³a, czy ideologia komunistyczna. Ale wiedzia³em, ¿e w ¿yciu spo³ecznym istnieje te¿ obszar autentyczno¶ci i szukania prawdy, w którym mie¶ci³a siê religia oraz wiedza o przesz³o¶ci, o polskiej tradycji niepodleg³o¶ciowej. Tu dygresja: nale¿ê do tej generacji, która w szkole zetknê³a siê z pozytywnie traktowan± tradycj± powstañ narodowych. By³ taki moment w dziejach PRL, kiedy zaczêto "unarodawiaæ" komunizm, oczywi¶cie na u¿ytek propagandowy. Do tego bardzo dobrze nadawa³a siê walka narodowo-wyzwoleñcza, bo mog³a byæ aprobowana jako walka z caratem. Carat to by³o "z³o absolutne", do którego nie przyznawa³ siê Zwi±zek Radziecki. Historia powstañ, podlana sosem radykalizmu spo³ecznego (propagandowo zdeformowanego) by³a obecna w programie szkolnym. Ale my¶my na tym skorzystali, poznaj±c j± w znacznym stopniu poza uwarunkowaniem ideologicznym.


Skoro o historii...od kiedy wiedzia³ pan o Katyniu?

- Bardzo wcze¶nie. Nie pamiêtam czy od rodziców czy z Wolnej Europy. I wiedzia³em dlaczego, o tym nie wolno by³o mówiæ g³o¶no.


Humanistyczne, od szko³y, zainteresowania zawiod³y pana na polonistykê.

- Zamierza³em studiowaæ filologiê klasyczn±, by³em laureatem Olimpiady Jêzyka £aciñskiego (mia³em znakomit± nauczycielkê, prof. ¦wiat³owsk±), na zajêciach fakultatywnych uczy³em siê greki, a debiutowa³em w pisemku "Filomata" wydawanym przez Towarzystwo Mi³o¶ników Kultury Antycznej. W klasie maturalnej zdecydowa³em siê jednak na polonistykê – przewa¿y³ wp³yw prof. Gugulskiego. By³ rok 1971, trzeci rok czystki pomarcowej, która sprawi³a, ¿e najwybitniejsi uczeni albo zostali wyrzuceni z uniwersytetu albo przeszli do IBL-u. Rozmawia³em wtedy z kolegami starszymi o piêæ lat, radz±c siê do kogo pój¶æ na zajêcia. Przez pierwszy rok uprawia³em slalom miêdzy grupami, a równocze¶nie szybko nawi±za³em kontakt z Instytutem Badañ Literackich PAN, gdzie ci moi starsi koledzy rozpoczynali pisanie doktoratów. Zaliczaj±c obowi±zkowe zajêcia uniwersyteckie chodzi³em do IBL-u na seminaria, na konferencje, zebrania i tam naprawdê siê rozwija³em naukowo.

Od pocz±tku studiów interesowa³a mnie historia – przedmiot dzisiaj na polonistyce warszawskiej nie istniej±cy. Wyk³adali j± Zofia Zieliñska, bardzo wybitna znawczyni XVIII wieku i równie znakomity badacz wspó³czesnych dziejów Polski, Andrzej Chojnowski. Oboje s± dzisiaj profesorami. Historia na ich zajêciach okaza³a siê ¿ywym problemem intelektualnym, fascynuj±cym ods³anianiem sensu ludzkich zachowañ, powstawania i ewolucji form spo³ecznych, wydarzeñ politycznych. Poprzez historiê Polski zacz±³em rozumieæ historiê literatury i to, co jest jednym z podstawowych tematów literatury – ¿ycie spo³eczne. Chodzi³em na dodatkowe zajêcia z historii, a tak¿e filozofii, estetyki, z historii sztuki (na wyk³ady profesorów . Bia³ostockiego i Skubiszewskiego). Na seminarium z estetyki, prowadzonym przez prof. Krystynê Janick± uczyli¶my siê analizy tekstów dyskursywnych, tak¿e obcojêzycznych. Bardzo mi siê to przyda³o. Na ostatnich latach studiów uczestniczy³em w seminariach Adama Sikory, a potem Krzysztofa Michalskiego na temat Heideggera i Nietzschego.


Studiuj±c polonistykê i zwi±zawszy siê z IBL-em, my¶la³ pan, jak rozumiem, o drodze naukowej.

­- Tak, od pocz±tku studiów chcia³em byæ literaturoznawc±, a droga do tego prowadzi³a przez studia doktoranckie. Ostatecznie zadecydowa³ o tym przypadek. W IBL otworzono wtedy studia doktoranckie i ja zaraz po magisterium zosta³em na nie przyjêty. By³ to "z³otym okres" w historii instytutu. Pracowali tam najwybitniejsi historycy i teoretycy literatury. Ludzie o ca³kowicie ró¿nych biografiach, temperamentach, zainteresowaniach i postawach metodologicznych, np. Maria Renata Mayenowa, Maria Janion, Ryszard Przybylski, Jan Józef Lipski, Roman Zimand, Stefan Treugutt, Zofia Stefanowska, Jerzy Ziomek (przyje¿d¿aj±cy z Poznania), Henryk Markiewicz (z Krakowa). By³ to rzeczywi¶cie tygiel jêzyków naukowych. Nie muszê t³umaczyæ, co to znaczy³o dla m³odego cz³owieka, szukaj±cego dla siebie miejsca w pracy badawczej. Bezpo¶rednimi moimi opiekunami zostali m³odsi uczeni – Janusz S³awiñski, (promotor mojego doktoratu), Alina Brodzka, Zdzis³aw £apiñski, Micha³ G³owiñski. Odbywa³y siê seminaria prywatne, np. prof. ¯ó³kiewskiego, w domu prof. Brodzkiej, z udzia³em m³odych historyków. Od tych ludzi otrzymywa³em potê¿n± dawkê energii intelektualnej.

Pod koniec lat siedemdziesi±tych, a zw³aszcza po Sierpniu, IBL sta³ siê jednym z

centrów opozycji demokratycznej.

- Tak, czerwonka na mie¶cie mówi³a o IBL, ¿e to siedziba „czarnej reakcji”. Bardzo mi to imponowa³o. W czerwcu '80 obroni³em pracê doktorsk±, a we wrze¶niu zosta³em wybrany przewodnicz±cym "Solidarno¶ci" w IBL.


Czy w¶ród ludzi obdarzonych wielkim autorytetem intelektualnym, a bardzo zró¿nicowanych ¶wiatopogl±dowo, nie by³ pan nara¿ony na zw±tpienie w

wierze?

- W ¿adnej mierze! To by³o ¶rodowisko ogromnie zró¿nicowane, ale prawdziwie pluralistyczne i bardzo otwarte na wszelkie odmienne postawy.


Nie mam na my¶li jakiejkolwiek presji intelektualnej, psychicznej, towarzyskiej ale czy w samych, jak pan powiedzia³ bardzo ró¿nych, ofertach metodologicznych nie tkwi³y niebezpieczne ponêty?

- Mog³oby tak byæ, ale ja jestem odporny, powiem eufemistycznie, na nie odpowiadaj±ce mi propozycje ¶wiatopogl±dowe. Oczywi¶cie, przygl±da³em siê postawom i wyborom ludzi z mojego otoczenia. By³ tam Jan Józef Lipski, który podkre¶la³ swój agnostycyzm i równocze¶nie szacunek dla Ko¶cio³a, i by³ Ryszard Przybylski, uczony g³êboko religijny, a równocze¶nie antykleryka³. W IBL-u pracowali i byli stalinowcy, i byli stalinowscy wiê¼niowie (np. prof. Barbara Otwinowska). Ró¿norodno¶æ biografii i ¶wiatopogl±dów tych ludzi wskazywa³a, ¿e wolno¶æ wyboru, kszta³towania postaw wobec rzeczywisto¶ci, by³o przywilejem, jaki oferowa³o wtedy to ¶rodowisko. ¦wiatopogl±d w pracach humanisty zawsze istnieje, dochodzi do g³osu w rozmaitych formach ekspresji, ale ja zawsze stara³em siê oddzielaæ kwestie ¶wiatopogl±dowe od moich badañ. Prace naukowe by³y dla mnie rzecz± rzemios³a, warsztatu, zawodu, a nie ekspresji ¶wiatopogl±du.


Przyznam, ¿e trudno mi to sobie wyobraziæ w humanistyce. Wiara lub niewiara wp³ywa przecie¿ na metodologiê...

- U jednych wp³ywa, a u innych nie. Nie jestem tak naiwny, ¿eby twierdziæ, ¿e nauka, zw³aszcza humanistyka, jest sama w sobie aksjologicznie neutralna czy bezza³o¿eniowa. Od pocz±tku interesowa³a mnie metodologia i teoria literatury, która mia³a przecie¿ rozmaite uwarunkowania aksjologiczne, ideologiczne, a miewa³a te¿ i zgo³a polityczne. Tworzono j± – u nas – wywodz±c z empirycznego my¶lenia strukturalistycznego i uprawiano jako antidotum na zideologizowany marksizm, stanowi±cy rodzaj ¿argonu narzucanego humanistyce. Z tego nic nie zosta³o, ale ja zyska³em do¶wiadczenie ze sfery naukowej humanistyki, która mnie zawsze poci±ga³a. Je¶li chce pani powiedzieæ, ¿e wiara religijna musi wp³ywaæ metodologiê badañ w humanistyce, to nie ma zgody. W dobrej nauce wiara religijna na nic nie wp³ywa. Ale ideologia – pamiêta pani zakony wierz±cych marksistów? – tak.


Co pan profesor mie¶ci w tej sferze poza teori± literatury, która jest du¿ym obszarem humanistyki?

- Lingwistyczne, semiotyczne, antropologiczne podstawy literaturoznawstwa, ale tak¿e rozmaite konteksty estetyczne, filozoficzne, spo³eczne, historyczne, kulturowe. Moje prace stricte naukowe nie daj± podstaw do ¿adnej interpretacji ¶wiatopogl±dowej, mimo ¿e s± pisane, jak s±dzê, bardzo indywidualnie.


Ma pan tak¿e spory dorobek historycznoliteracki, ¿eby wymieniæ tylko ksi±¿ki o Gustawie Herlingu Grudziñskim i Józefie Mackiewiczu.

- A to co innego - te ksi±¿ki s± owocami zainteresowañ krytycznoliterackich i popularyzatorskich, stanowi±cych drugi, oddzielny, nurt w mojej pracy. Mimo ¿e na ogó³ spe³niaj± standardy obowi±zuj±ce w nauce, nie traktujê ich jak ksi±¿ek naukowych. Wiem, jakich badañ np. nad Mackiewiczem nie przeprowadzi³em, bo s± one poza moimi mo¿liwo¶ciami, tak¿e czasowymi. stricte


W pracach krytycznoliterackich dochodzi do ekspresji ¶wiatopogl±dowej.

- Oczywi¶cie! W krytyce anga¿ujê siê aksjologicznie, osobi¶cie, podstaw± s± moje przekonania, a nie wy³±cznie argumenty naukowe. Choæ, rzecz jasna, warsztat zobowi±zuje.


Przewiduje pan trwa³e wspó³istnienie obu nurtów – badawczego i krytycznego?

- W moich pracach? Oczywi¶cie, dot±d jako¶ mi siê udaje. W tym samym czasie, kiedy siedzia³em nad Mackiewiczem, ale tak¿e nad Herlingiem, Mi³oszem, Barañczakiem, zajmowa³em siê tak¿e teori± narracji, teori± tekstu, jêzykiem poetyckim, dyskursem jêzykowym, itd. Zawsze czu³em siê multiinstrumentalist±. Stara³em siê i robiê to do dzisiaj, rozró¿niaæ instrumenty literaturoznawcze, którymi siê pos³ugujê, ró¿nicowaæ jêzyki. Pisa³em rozprawy o wysokim stopniu komplikacji teoretycznej i jednocze¶nie teksty, bêd±ce ekspresj± idei politycznych i ¶wiatopogl±dowych.


Czy te jêzyki wzajemnie siê doskonal±? Czy do¶wiadczenia z jednego nurtu owocuj± w drugim?

- Jak najbardziej – choæ z za³o¿enia nie mieszam tych jêzyków. Po prostu, ka¿de zwielokrotnienie wzbogaca. Jêzyk to najbardziej wyrafinowany instrument, jaki cz³owiek stworzy³ i umiejêtno¶æ u¿ywania ró¿nych jêzyków do poruszania siê po obszarach im w³a¶ciwych oznacza zawsze poszerzanie tych obszarów.


Czy zdarzy³o siê, ¿e jakie¶ odkrycie dokonane w jednym z u¿ywanych przez pana jêzyków okaza³o siê "u¿yteczne" w drugim?

- Tak, dlatego ¿e te moje ró¿ne jêzyki pisarskie nale¿± do wspólnego obszaru humanistyki – literaturoznawstwa. Wiedza z zakresu teorii literatury, poetyki, lingwistyki okazywa³a siê niezwykle przydatna, mimo ¿e w tekstach krytycznoliterackich czy eseistycznych jest ona ukryta. Pozostanê przy tym porównaniu muzycznym i powiem, ¿e s³uch jest potrzebny niezale¿nie od tego czy gra siê na bêbnie, na skrzypcach, na harmonijce, czy siê ¶piewa.


W latach osiemdziesi±tych, ju¿ po doktoracie, doszed³ nowy „instrument”: drugoobiegowy ruch wydawniczy.

- Chcia³em wyjechaæ na rok do Francji – nie dosta³em stypendium. Stara³em siê o stypendium Fulbrighta, te¿ nie dosta³em (o wyjazdach decydowa³o wtedy w PAN-ie tzw. Biuro Wspó³pracy z Zagranic± czyli filia MSW). Skupi³em siê wiêc na podziemnych wydawnictwach, z którymi wspó³pracowa³em od pocz±tku stanu wojennego. Kilka periodyków podziemnych wydawali¶my w IBL-u (to nadal nieopisana czê¶æ historii tej instytucji). Z drugiej strony zaj±³em siê mocno prac± naukow±. Mog³em szybko zrobiæ habilitacjê, ale wtedy IBL-em rz±dzi³ komisarz nas³any przez partiê i szereg osób po prostu utr±cono, a niektórzy nie chcieli siê habilitowaæ w takich warunkach. Ja celowo zrobi³em habilitacje dopiero w r. 1991, ale mia³em ju¿ w swoim dorobku wiele publikacji, w tym kilka ksi±¿ek. Bardzo d³ugo wychodzi³em ze stanu wojennego, t.zn. z aktywno¶ci publicystycznej, eseistycznej, krytycznoliterackiej zwi±zanej z literatur± drugiego obiegu. Zosta³o po tym mnóstwo artyku³ów i ksi±¿ki. Niektóre z nich "spuch³y" - jak te o Herlingu czy Mackiewiczu. By³y te¿ prace edytorskie (jeszcze inny mój „instrument”) zwi±zane z twórczo¶ci± Aleksandra Wata i Witkacego, a potem Gombrowicza i Herlinga. Choæ spadkiem po latach osiemdziesi±tych by³a destrukcja ¶rodowiska w IBL – kilka osób wybra³o emigracjê, kilka przedwcze¶nie zmar³o – uda³o mi siê, przynajmniej we w³asnej ocenie, zrobiæ kilka rzeczy warto¶ciowych. Pomog³em wprowadziæ na rynek czytelniczy twórczo¶æ Mackiewicza i Herlinga. Napisa³em parê prac z teorii literatury, które, mam nadziejê, nie straci³y aktualno¶ci. Na pewno moje ¿ycie naukowe potoczy³oby siê inaczej gdybym wyjecha³ na stypendium podoktorskie, ale... los tak pokierowa³. Opatrzno¶æ i tak da³a mi bardzo du¿o i jestem jej za to wdziêczny.


W woln± Polskê wszed³ pan ze spor± i ró¿norodn± bibliografi±.

­- Zrezygnowa³em z pseudonimu (Jerzy Malewski). Zacz±³em pisaæ wiêcej tekstów eseistyczno-diarystyczno-publicystycznych o ró¿nych sprawach bie¿±cych. Stara³em siê pilnie, ¿eby te teksty nie by³y jednak tylko publicystyczne, ale tak¿e literackie. Czuj±c, ¿e one s± pod pr±d ówczesnego main streamu, z wielk± rado¶ci± wspó³pracowa³em z pismami emigracyjnymi – londyñskim "Pulsem" i "Kultur±". Jerzy Giedroyc przysy³a³ mi coraz wiêcej zleceñ i chcia³, ¿ebym zosta³ sta³ym publicyst± "Kultury". Kilka lat wcze¶niej pewnie bym siê na to zdecydowa³, ale w latach dziewiêædziesi±tych postanowi³em ju¿ skupiæ na pracy naukowej. Wiedzia³em, ¿e tych dwóch aktywno¶ci nie potrafiê pogodziæ. Napisa³em dla "Kultury" kilka du¿ych tekstów, ale najbardziej znacz±c± prac±, zlecon± mi przez Redaktora, by³a ankieta "Pisarze przecenieni – pisarze niedocenieni". Giedroyc poda³ mi za wzór ankietê publikowan± systematycznie w "Le Figaro". Wziê³o w niej udzia³ kilkudziesiêciu krytyków i pisarzy, którzy po raz pierwszy mówili o literaturze, o hierarchiach, o innych pisarzach, g³osem prywatnym, konwersacyjnym, bardzo osobistym. Porzucili w tej ankiecie wcze¶niejszy sposób wypowiedzi publicznej, czyli koturnowy, eufemistyczny, ukrywaj±cy osobisty stosunek do tekstu i do autora. Pojawi³y siê w tej ankiecie arcydzie³a pamfletu, przepyszne mini portrety. To by³o od¶wie¿enie gatunków krytyki literackiej!


Spe³ni³ pan postanowienie skupienia siê na pracy naukowej?

- Stopniowo ogranicza³em moje pisarstwo eseistyczne i publicystyczne. Jeszcze na pocz±tku tego wieku (ale to brzmi!), Jan Chodakowski, wydawca "Pulsu", namówi³ mnie na pisanie do nowej wersji "Tygodnia Polskiego" (zas³u¿onego pisma emigracyjnego). Redagowa³ je w Londynie, na wzór wychodz±cych w Polsce ilustrowanych tygodników spo³eczno-kulturalnych. Niestety, ta nowa wersja by³a dla ¶rodowisk emigracyjnych zbyt nowa, zbyt kosztowna i pismo, które rozkwit³o w ci±gu kilku miesiêcy wkrótce przesta³o istnieæ. A dla mnie skoñczy³a siê formu³a pisania o Polsce z zewn±trz, spoza uk³adów krajowych. Mia³em jeszcze potem kilka propozycji, ale nie zdecydowa³em siê. Po kilkunastu latach z moich rozproszonych tekstów powsta³a ksi±¿ka "Inna krytyka" (2006), do której jestem bardzo przywi±zany. Odrzuci³em w niej – nawi±zuj±c do wielu znakomitych poprzedników – d³ugo obowi±zuj±c± we wspó³czesnym literaturoznawstwie formu³ê, która ogranicza³a krytykê do kwestii jêzyka i konwencji literackich. Ta krytyka jest kompletnie g³ucha na problematykê spo³eczn±, historyczn± czy polityczn±. Wzorowa³em siê na takich mistrzach, jak Kazimierz Wyka, Andrzej Kijowski, Tomasz Burek. "Inn± krytyk±" domkn±³em pewien nurt mojego pisarstwa – ale tylko na pewien czas.


Jak spotka³ siê pan z Fundacj± na Rzecz Nauki Polskiej?

- Przez kilka lat by³em recenzentem w ró¿nych programach Fundacji, a w r. 2002 otrzyma³em nominacjê do konkursu FNP w programie "Mistrz". Jest to program umo¿liwiaj±cy m³odym profesorom tworzenie zespo³ów badawczych (dziêki subsydiom, którymi mog± swobodnie dysponowaæ). By³em wówczas po o¶mioletniej pracy na Uniwersytecie £ódzkim, gdzie prowadzi³em seminarium i uda³o mi siê zgromadziæ grupê bardzo zdolnych m³odych ludzi. W 2004 r. zosta³em zaproszony do Rady FNP, i wtedy zacz±³em bardzo szybko i g³êboko wchodziæ w istotê dzia³ania tej niezwyk³ej instytucji. Spotka³em wielkich uczonych z bardzo ró¿nych dyscyplin, co by³o nowym i fascynuj±cym do¶wiadczeniem. Trzy lata pó¼niej nowy prezes, prof. Maciej ¯ylicz, zaproponowa³ mi przej¶cie z Rady do Zarz±du. Oznacza³o to oczywi¶cie, zasadnicze zmiany w organizacji mojego ¿ycia, przyjêcie nowych du¿ych zadañ, ale zdecydowa³em siê i pe³niê funkcjê wiceprezesa Zarz±du.


Czy na tych ró¿nych drogach intelektualnych poszukiwañ i spe³nieñ, ¶wiatopogl±d i wiara pana profesora ewoluuj± czy trwaj± niezmiennie?

- Niezmiennie nie trwaj± nawet kamienie. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Oczywi¶cie mam na my¶li modyfikacje, wzbogacanie, korekty, a nie gwa³towne, zaprzeczne konwersje. Moje do¶wiadczenie wiary w "formacyjnym momencie" by³o naturalne, a zarazem na tyle silne, ¿e mogê mówiæ o momentach je intensyfikuj±cych a nie radykalnie zmieniaj±cych. Takim momentem formacyjnym by³ dla mnie pontyfikat papie¿a Jana Paw³a II – a w nim niezwyk³e do¶wiadczenie ujawnionej wspólnotowo¶ci Polaków.


Prze¿yli¶my to ponownie w momencie powstania "Solidarno¶ci"...

­Tak! To by³ fenomen spo³eczny w skali ca³ego XX wieku, ci±gle jeszcze nieopisany. W lecie 1981 r. by³em we Francji i w czasie rozmowy na temat ¼róde³ „Solidarno¶ci” wspomnia³em o francuskiej tradycji „liberté, fraternité, egalité”. Kolega, Francuz, pokiwa³ g³ow±, i powiedzia³, „dla nas to ju¿ przesz³o¶æ, ale wy dali¶cie ludziom najwa¿niejsze dzisiaj s³owo: solidarno¶æ”. Do dzi¶ pamiêtam jego g³os. Niespe³na pó³ roku pó¼niej sowieciarze zainfekowali nas „d¿um± stanu wojennego”. I nadal odczuwamy jej skutki.

Ogromnie wa¿na by³a dla mnie przyja¼ñ z Herlingiem-Grudziñskim. To osobny watek w moim ¿yciu i osobistym i zawodowym. Herling by³ cz³owiekiem bardzo religijnym, ale, by tak rzec, niewyznaniowym. Uwa¿am go za najg³êbszego pisarza chrze¶cijañskiego w literaturze polskiej XX wieku. Problemy religijne prze¿ywa³ osobi¶cie i to znalaz³o wyraz w jego twórczo¶ci – szczególnie w opowiadaniach, choæ w "Innym ¶wiecie" ta problematyka ju¿ jest obecna. Bardzo by³o dla mnie istotne, gdy zrozumia³em, ¿e wiara w jego twórczo¶ci to nie rzecz wyobra¼ni pracuj±cej na u¿ytek literatury, ale sprawa egzystencjalna, ¶wiatopogl±dowa, najg³êbiej osobista.


Pracuj±c w Fundacji spotyka pan pewnie i agnostyków, i niewierz±cych...

- To mnie nigdy nie interesowa³o.


Ale chyba siê ujawnia w kontaktach, w rozmowach?

- Nie. To siê nie ujawnia. I powiem pani, ¿e zastanawiaj±c siê nad tytu³em cyklu rozmów, które pani prowadzi, czyli nad pytaniem: "jak wierz± uczeni?", czu³em jaki¶ wewnêtrzny opór. Pytanie to sugeruje bowiem, ¿e uczeni wierz± inaczej ni¿ inni ludzie albo ¿e powinni wierzyæ inaczej. Lub, skoro s± uczonymi, to nie powinni wierzyæ tylko opieraæ siê na dowodach, bo nauka i wiara to sprzeczno¶æ nad sprzeczno¶ciami, po prostu woda i ogieñ. Za takim stanowiskiem kryje siê – ci±gle ¿ywa w kulturze wspó³czesnej – tradycja jeszcze o¶wieceniowa, która kwestionuje sensowno¶æ wiary religijnej, a przynajmniej ka¿e siê dziwiæ, ¿e ludzie nale¿±cy do elity intelektualnej z racji posiadanej wiedzy, teoretycznej i empirycznej, mog± wierzyæ w Boga, choæ nie potrafi± empirycznie udowodniæ przes³anek swojej wiary. Richard Dawkins i jemu podobni, osobi¶ci nieprzyjaciele pana Boga, doprowadzaj± tê tradycjê do extremum, kwestionuj±c mo¿liwo¶æ jakiejkolwiek postawy ¶wiatopogl±dowej, która nie jest oparta na przes³ankach empirycznych. Czyli – jak mówiono w czasach mojej m³odo¶ci – na przes³ankach „¶wiatopogl±du naukowego”. Otó¿ dla mnie takie my¶lenie jest dzi¶ absolutnie groteskowe. Nigdy nie mia³em potrzeby z takimi postawami polemizowaæ, nawet na w³asny u¿ytek. Naukowe uzasadnianie prze¶wiadczeñ ¶wiatopogl±dowych czy aksjologicznych i ³±czenie ich z wiar± uwa¿am za przejaw pychy uczonych, za logiczny nonsens i dowód (przepraszam za sformu³owanie) ciemnoty rozumu. Nauka zaczyna siê od falsyfikacji – s± po prostu takie obszary ¿ycia cz³owieka, do których wyja¶nieñ empirycznych (jak chce tego Dawkins) nie da siê stosowaæ. Religia (wiara) i nauka to s± dwie zupe³nie ró¿ne rzeczywisto¶ci. Nauka nie wyja¶ni nam, czym jest sumienie i jakie s± jego ¼ród³a. A na twierdzenie Dawkinsów, ¿e istnienia Boga nie mo¿na empirycznie udowodniæ, odpowiadam, ¿e jedynym empirycznym dowodem na istnienie mi³o¶ci jest to, ¿e ludzie siê kochaj±. Czyli: skoro ludzie w Boga wierz±, to Bóg istnieje.


Odpowiedzia³ pan na pytanie „jak wierz± uczeni”?

- Bóg to zbyt powa¿ny problem, ¿eby o jego istnieniu decydowali uczeni. Badacze, którzy w swoich eksperymentach odkrywaj± i rozszyfrowuj± kolejne tajemnice materii i ¿ycia, musz± sobie zadawaæ pytanie, sk±d to wszystko siê wziê³o i dlaczego jest takie, jakie jest. Ja nie mam takich mo¿liwo¶ci poznawczych, poprzestajê na w³asny u¿ytek na metaforach, obja¶nienia poetyckich. Skupiam siê na tym, co jest najbli¿sze ka¿demu humani¶cie, na pytaniu: kim jest cz³owiek jako istota moralna, jako cz±stko tego cudu, który na ziemi nazywamy ¿yciem, a zarazem jako twórca kultury. Jest w nas przecie¿ sfera niewyt³umaczalna, tajemnica, któr± musimy szanowaæ – sfera talentu, wra¿liwo¶ci, charakteru, uczuæ, wyobra¼ni. Ale, odpowiadaj±c na pani pytanie, co innego jest tu dla mnie najwa¿niejsze. Istot± chrze¶cijañstwa jest dla mnie tajemnica Chrystusa. Nara¿am siê zapewne na krytykê – w innej epoce uznano by mnie za heretyka – bo dla mnie ró¿nice wyznaniowe miêdzy ko¶cio³em rzymskokatolickim, prawos³awnym, protestanckim s± w tym wymiarze wtórne. Podstawowe do¶wiadczenie religijne w tych wyznaniach, tj. ofiara Chrystusa, jest bowiem wspólne. To ono wyznacza teologiczn± antropologiê, mówi o Bogu, który wcieli³ siê w cz³owieka. Przez to chrze¶cijañstwo pozwala zrozumieæ nas samych – to, co jest w cz³owieku wymiarem metafizycznym, co odró¿nia nas od ¶wiata materialnego. W ka¿dym cz³owieku jest cz±stka bosko¶ci, wiêc zabijaj±c cz³owieka zabijamy Boga, niszcz±c ¿ycie, zabijamy najwiêksza tajemnicê ¶wiata – to, czego nie stworzyli¶my, a czego jeste¶my tylko jedn± z czê¶ci, czyli istnienie. Chrze¶cijañstwo mówi, ¿e w ¿yciu jest pierwiastek boski, który odkrywamy w tajemnicy wcielenia, mêki i zmartwychwstania Chrystusa. Mo¿na to uj±æ tak: chrze¶cijañstwo jest metaforycznym jêzykiem proponuj±cym rozumienie cz³owieczeñstwa. Oczywi¶cie, jest wiele innych. Ale wierz±c w Boga – i nie sil±c siê na wyja¶nienie jego tajemnicy – czujê siê bezpieczniej w¶ród ludzi. Przyjmujemy za zupe³nie naturalny jêzyk poezji, do¶wiadczamy metafor otwieraj±cych przed nami nowe rzeczywisto¶ci, chocia¿ wiemy ¿e te rzeczywisto¶ci nie dadz± siê potwierdziæ empirycznie, a metafory przet³umaczyæ na jêzyk potoczny. Wiara jest wiêc dla mnie do¶wiadczaniem sfery, która nie wymaga uzasadnienia. Wiara jest prze¿ywaniem, zgod± na uznanie naszych ludzkich ograniczeñ, uczestnictwem w najbardziej egalitarnej wspólnocie (w której „ju¿ nie ma Greka ani ¯yda (…), lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus”- jak pisa³ ¶w. Pawe³), jest te¿ przypomnieniem, ¿e cz³owiek nie jest ostateczn± instancj± istnienia – a tym bardziej drugiego cz³owieka. Cz³owiek zawsze spogl±da³ w niebo, przekracza³ – w sztuce, w nauce, w mi³o¶ci – granice dora¼no¶ci i dos³owno¶ci. Narzêdziem s³u¿±cym w tym d±¿eniu jest z jednej strony jêzyk, z drugiej wiara. Nie negujê, ¿e s± jeszcze inne sposoby pozwalaj±ce przezwyciê¿yæ nasze ludzkie ograniczenia. Dla mnie chrze¶cijañstwo jest sposobem na zrozumienie sensu do¶wiadczenia mi³o¶ci i cierpienia. A to jest równocze¶nie sta³y wymiar losu cz³owieka. Zmartwychwstanie Chrystusa wymyka siê s³owom, ale identyfikujemy siê z nim. Ludzie cierpi± i odradzaj± siê, upadaj± i podnosz± siê. Dlaczego? Sk±d czerpiemy wiarê, ¿e to jest mo¿liwe? Dlaczego uwa¿amy, ¿e przystoi nam dobro, a nie z³o, ¿e cz³owiek ma swoj± niezbywaln± godno¶æ? Mo¿na to empirycznie udowodniæ? Wykluczone. Ale uwierzyæ – tak.

Dziêkujê za rozmowê.












 

 
Copyright © 2003-2010 Teologia Polityczna