| Marta Kwaśnicka - Stare mity nowej Rosji (Fronda, nr 44) |
|
„1612” Władymira Chotinienki to film, który podtrzymuje wszystkie wielkoruskie mity, jakie kiedykolwiek stworzyli na swój temat Rosjanie. Ideologii putinowskiej „nowej Rosji”, którą reżyser i scenarzysta obrazu przedstawili na ekranie, zdecydowanie najbliżej jest do czasów carskich i przetworzonego w 2. połowie XIX wieku w duchu nacjonalistyczno-mocarstwowym słowianofilstwa.
Ekranizacja weszła do kin tuż przed rosyjskim Dniem Jedności Narodowej – świętem, które decyzją Putina obchodzone jest 4 listopada. Miała przypominać, co właściwie upamiętnia ta data. Czy jednak Rosjanie są w stanie czegokolwiek się z filmu dowiedzieć? Śmiem twierdzić, że ów główny cel ekranizacji nie został osiągnięty. W obrazie Chotinienki przeważa po prostu, przybrana w szaty baśni, stara wielkoruska ideologia. Przekonanie, że Rosja jest niezgłębioną tajemnicą, mistycznym fenomenem, którego rozumem nie da się objąć; że prawda Rosji tkwi w jej ludzie, który stoi na straży wiary i ojczyzny (który jednak potrzebuje ojca-przywódcy); że, wreszcie, Zachód (portretowany w Moskwie tak często w barwach biało-czerwonych i biało-żółtych!) dysponuje zaledwie powierzchowną technologią, która tylko przejściowo może zagrozić wewnętrznej sile Rosji.
Rosyjska "tajemnica"
Największym, być może, osiągnięciem Rosji jest właśnie to, że zdołała narzucić Zachodowi sposób mówienia o sobie samej. Nawykły go rozumienia i kategoryzowania umysł europejski spasował przed „tajemnicą Rosji”, która rządzi się swoimi prawami – do których nic Zachodowi. Podzwonnym takiego myślenia jest, rzecz jasna, cała współczesna (i nie tylko) polityka Europy wobec wielkiego wschodniego państwa.
Najpierw, żeby pokazać Zachodowi jednorodne oblicze (a tym samym uprawomocnić swoje terytorialne roszczenia), Rosja dokonała „inwazji” wewnętrznej. Pomogła w tym wielka literatura i filozofia, spychająca w niebyt narody kresowe Rosji. Skłoniła je do milczenia, czyniąc z nich zaledwie nieokreślone tło, podatne na rusyfikację. Nie bez przyczyny zatem w filmie Chotinienki jeden z głównych bohaterów, Tatar, wygląda jak Rosjanin z europejskiej części państwa i za takiego się uważa. Całe imperium – jakże zróżnicowane – stało się zatem wielką, jednolitą, zeuropeizowaną, acz prawosławną Rosją. Cóż z tego, że zeuropeizowaną zupełnie powierzchownie, i cóż z tego, że jej prawosławie, sprowadzone ostatecznie do roli jednego z organów państwa, nie panowało nad sferą duchową Rosjan nawet na tyle, żeby zapobiec mnożeniu się sekt i konwersji poddanych na wyznania zachodnie.
Jeśli oświeceniowe traktaty zachodnich ambasadorów i podróżników mówiły jeszcze po prostu o „prymitywnym i barbarzyńskim królestwie”, to rosło ono w siłę na tyle szybko, że wkrótce ową barbarzyńskość trudno było już podkreślać. Przynajmniej nie tam, gdzie sięgały rosyjskie bagnety, i nie tam, gdzie rody królewskie wchodziły w dynastyczne związki z dziedzicami korony carów. Czy wielkie imperium może w ogóle być okrutne i prymitywne? Czy nie lepiej założyć, że obowiązują w nim inne, nie-zachodnie normy? Słynna uwaga Churchilla, że Rosja to tajemnica, jest efektem kapitulacji rozumu Europy wobec kultury, której Zachód nie mógł (a może nie chciał?) pojąć. Zracjonalizować Rosję (a, wbrew pozorom, jest to możliwe) - to ją rozbroić.
W filmie Chotinienki tajemniczość państwa carów jest niezwykle podkreślona – symbolizuje ją pojawiający się tu i ówdzie jednorożec (nawet dla rosyjskich krytyków filmu jest to jednak symbol cokolwiek chybiony, z drugiej strony – raczej wbrew intencjom twórców obrazu – odsłaniający bolesną eklektyczność i płycizny imperialnej ideologii). Co więcej, ze względu na tę tajemniczość właśnie w „1612” na prawosławie nawraca się wysłany przez papieża do Moskwy jezuita (dalekie echo ojca Antoniego Possevino?) – najpełniej ukazując, jak „modelowy” zachodni rozum powinien kapitulować w obliczu szerokiej, rosyjskiej ziemi i niepojmowalności jej mieszkańców.
"Miliony ramion"
Tradycja rosyjska wypracowała znakomity sposób na neutralizowanie tych, którzy w jakikolwiek sposób od wewnątrz próbowaliby uchylić dla Zachodu rąbka tej „tajemnicy”. Prawda rosyjska tkwi w ludzie i, jak pisał niegdyś Chomiakow w polemice z pewnym rosyjskim jezuitą[1], nawet jeśli zdradzą elity, pozostaną „miliony ramion i dusz”, które będą bronić mateczki Rosji i jej prawdziwej wiary. Tak było, według słowianofila, podczas unii florenckiej i brzeskiej, tak było również – jak pouczają nas twórcy „1612” – podczas polskich najazdów. Niewątpliwie właśnie dlatego głównym bohaterem filmu jest chłop Andriej (w tej roli Piotr Kisłow) – symboliczne wcielenie mądrości rosyjskiego ludu, chłop właśnie, a nie szlachcic, bo przecież w polskiej epopei, dotyczącej zbliżonego okresu historycznego, szlachtą byli nie tylko Kmicic czy Skrzetuski, ale nawet Kiemlicze czy Rzędzian. Wynika to zresztą także z dwóch różnych sposobów przeżywania swoiście słowiańskiej demokracji w Rosji i w Polsce – wschodniej wspólnoty ludu i zachodniej szlacheckiej wspólnoty obywatelstwa.
W każdym razie to Andriej uwalnia swój naród od Wielkiej Smuty i rozprawia się z polskimi awanturnikami, chcącymi osadzić na carskim tronie cudem ocaloną carewnę, Ksenię Godunową, i jej kochanka-Lacha. Dzięki przyrodzonemu sprytowi i szlachetności (a lud rosyjski od XIX wieku jest opiewany jako nosiciel tych cnót), dysponując magiczną pomocą jednorożca, który zsyła na chłopa wizje, Andriej dowodzi obroną Rosji, a u jego boku, jak w wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, walczą kobiety, dzieci i starcy. Jakże symboliczne w tym kontekście jest zakończenie „1612”, kiedy Andriej, dysponując fałszywą metryką, może objąć tron, lecz rezygnuje z niego w imię prawdy – „ bo Rosja nie potrzebuje już samozwańców”.
„Ludowość” czy też „narodowość” rosyjskiego ustroju podkreślano już za Mikołaja II, kiedy wprowadzono w życie znaną formułę „prawosławie, samodzierżawie, narodowość”. Już wówczas wyznacznikiem rosyjskiej monarchii miała być właśnie owa „mistyczna” więź, która łączyła cara-batiuszkę z ludem (i poziomo - poddanych pomiędzy sobą), odróżniająca Rosję wyraźnie od arystokratycznych monarchii zachodnich.
Obraz Chotinienki jest dopracowany pod każdym względem - kochana przez Andrieja carewna idzie do klasztoru, gdy ten, przyznając się do swojego pochodzenia, rezygnuje z jej ręki. Długi kadr pokazuje, jak Ksenia boso kroczy po trawie – jest to bez wątpienia jej symboliczne pojednanie z rosyjską ziemią. Carewna była przecież przez wiele lat kochanką Polaka (czy może być gorsze przewinienie?). Topos jak z kart Dostojewskiego, tyle że – znowu - w nieco spłyconym wydaniu.
Integralność prawosławia
Wróćmy jednak do nawróconego jezuity. W jednej z ostatnich scen filmu z brodą, w kapturze i z kosturem zmierza do Rzymu, żeby przekazać papieżowi odkrytą przez siebie na Wschodzie religijną prawdę.
Członkowie Towarzystwa Jezusowego przedstawiani byli w Rosji od samego początku istnienia zgromadzenia jako apogeum katolicyzmu. Byłby to z pewnością komplement, gdyby nie specyficzne rosyjskie postrzeganie posłusznych Rzymowi chrześcijan. Wizja Chotinienki nie sili się nawet na prostą polityczną poprawność w tym względzie: katolicyzm – dokładnie jak w pismach najbardziej antykatolicko nastawionych słowianofilów – przedstawiony został w wyreżyserowanym przezeń filmie jako kipiąca przepychem forma doczesnej władzy, która chce jedynie poszerzać swój terytorialny zasięg, w odwodzie mając szable fanatycznych Polaków i puste sylogizmy jezuitów. Prawosławie – dla odmiany – to prawdziwe chrześcijaństwo, religia starców-słupników, którzy cierpią za Rosję i prorokują. Tajemnicza współpraca mnichów łączy ich z symbolizującym Rosję jednorożcem – wydaje się, że wspólnie pomagają Andriejowi dokonać wielkich czynów.
Antykatolicyzm to tylko jedna ze starych idei, które oglądamy na ekranie. Bo jeśli rosyjscy myśliciele krytykowali rzymskie wyznanie, robili to zawsze w imię dowartościowania kultury Rosji. Tak jest i w tym przypadku. Od pierwszych scen na ekranie podkreślana jest technologiczna przewaga Polaków – to oni mają większe armaty, lepsze zbroje, zabawiają gawiedź fajerwerkami i robią wrażenie uskrzydlonymi oddziałami husarii. To jednak tylko powierzchowne zdobycze, które Rosjanie mogą pokonać – jeśli tylko naprawdę chcą. Technicznej sprawności Lachów i towarzyszących im zachodnich najemników Chotinienko przeciwstawia odwagę i pobożność rosyjskiego ludu, który pokonuje najeźdźców dzięki mistycznym wizjom głównego bohatera i nadzwyczajnemu splotowi przypadków. Wielkiej żelaznej armacie polskiego hetmana odpowiedzą zrobioną ze skóry – ale na tyle celną, by jednym strzałem w składnicę prochu unicestwić kilka oddziałów. Mamy tu zatem uproszczoną wersję tak lubianej przez rusofilów starej dychotomii integralności kultury Rosji oraz efektownej, choć powierzchownej kultury Zachodu – idei, mającej swoje korzenie jeszcze u Iwana Kirejewskiego.
Polska - inna koncepcja Słowiańszczyzny
Głównym przeciwnikiem Rosjan w „1612” są, oczywiście, Polacy - okrutni, marzący tylko o prywatnych korzyściach, co więcej - niosący na swoich mieczach zafałszowane chrześcijaństwo. Że Polacy są dla Rosjan nierozwiązywalnym problemem, wiadomo nie od dzisiaj: zdrajcy Słowiańszczyzny, bo żarliwi katolicy, odrzucający słowiańskie prawosławie, jedyna siła na Słowiańszczyźnie, jaka kiedykolwiek mogła Rosji zagrozić, w imię swojej odrębności urządzającą powstania (oto jedna z największych porażek programu kolonizacyjnego Rosji!), czy wreszcie zatrzymującą prącą na Zachód bolszewicką rewolucję.
Jeśli Rosja sama siebie definiuje jako tajemniczy Wschód, musi dookreślać się poprzez to, co przedstawia sobą cechy Zachodu – i polska sąsiadka zawsze była do tego znakomitą kandydatką. I Rzeczpospolita, bo to ten właśnie twór ustrojowy zaszedł Rosjanom najbardziej za skórę, dysponowała wszystkimi najważniejszymi atrybutami państwa zachodniego, a jednocześnie posiadała tyle typowo słowiańskich cech charakterystycznych, że nie mogła nie być dla Rosji czymś w rodzaju jej zwierciadlanego odbicia, w którym wszystko to, co lewe, znajduje się nagle po prawej stronie. W Polsce inaczej rozumiano typowe słowiańskie ludowładztwo; zamiast obszcziny nad Wisłą krzewiono demokrację szlachecką, łącząc się z innymi narodami za zasadzie dobrowolnej unii i tworząc kulturę o wybitnie swoistym, rycerskim charakterze.
Myśl rosyjska karmiła się i karmi antypolskim kompleksem – stanowisko wobec „sprawy polskiej” zajęli wszyscy najważniejsi rosyjscy filozofowie, ze słowianofilami na czele. Obraz Chotinienki, zamówiona przez Kreml superproduckja, doskonale wpisuje się w tę właśnie stałą rosyjskiej ideologii. Jednak w filmie nie doczekamy się sceny wypierania Polaków z Kremla – w zasadzie, według „1612”, na Kremlu ich nie było; ostatnia bitwa rozgrywa się, jak zwykle, pod Moskwą. Ze zgłaszającymi prawa do tronu samozwańcami lud rozprawiał się zaś szybko i zdecydowanie: szczątki jednego z nich, spalone i podeptane, zostają wystrzelone na Zachód – skąd przybył – z armaty. Lud rosyjski, zdają się twierdzić twórcy „1612”, chociaż szlachetny, jest dziki i nieprzewidywalny. Nic dziwnego – Rosjanie od dawna nie mogą się zdecydować, czy bliżej im do azjatyckich „Skifów” czy europejskich salonów.
Ogniem i filmem
Ze względu na scenerię i obsadę film Chotinienki raz po raz przywodzi na myśl hoffmanowską ekranizację „Ogniem i mieczem”. Cały czas ma się wrażenie, że twórcy rosyjskiej superprodukcji nakręcili odpowiedź na polski film – dodajmy, że nie do końca udany, a więc takiej odpowiedzi chyba nie wymagający. Na Helenę Kurcewiczównę w niejednej scenie stylizowana jest grana przez Wiolettę Dawydowską Ksenia Godunowa, a rolę Bohuna (tylko w mniej szlachetnej wersji) pełni tutaj polski hetman, znakomicie zagrany przez Michała Żebrowskiego (którego obecność w obsadzie tylko wrażenie déjà vu potęguje). Chotinienko nie raz powtarzał zresztą, że na polskim kinie się wychował, a kunszt Żebrowskiego, co warto pamiętać, odkrył, oglądając właśnie ekranizację pierwszej części Trylogii.
„1612” to zatem, kreowany na niewinny romans, wykład ideologii „nowej Rosji”, powstały na zamówienie Kremla.Na superprodukcję, opartą na scenariuszu Arifa Alijewa, wydano oficjalnie 12 milionów dolarów (trudno jednak ustalić, ile naprawdę wyniósł budżet filmu). Obraz nakręcono w zaledwie trzy miesiące, angażując doń szereg międzynarodowych gwiazd (w epizodycznej roli włoskiego kardynała zagrał na przykład aktor Antonioniego, Gabriele Ferzetti). Jednym z tych, którzy dołożyli swoje trzy grosze (a dokładniej: cztery miliony rubli), był też oligarcha Wiktor Wekselberg, ten sam, który wcześniej wykupił dla Rosji słynne jajka Fabergé – arcydzieła sztuki jubilerskiej, należące kiedyś do rodziny carskiej. Jak symbolika, to symbolika. Zabawne, jak bardzo ta „nowa” ideologia zbliża się do dawnej, carskiej, stylizującej się na jakże bogate w fobie słowianofilstwo. To właśnie słowianofile i ideologowie Mikołaja II dostarczyli ówczesnemu (i dzisiejszemu) aparatowi władzy koniecznej pożywki. Nieprzypadkowo także w stronnictwie miłośników Rosji przedpiotrowej na plan pierwszy późniejsi komentatorzy wysunęli panslawistyczne zapędy Aleksego Chomiakowa, człowieka, jak pisał Andrzej Walicki, „zachłystującego się wizją zwycięstw militarnych i pomnażania potęgi państwa”[2]. To właśnie ‘sobornost’ Chomiakowa – ze wszystkimi swoimi implikacjami - okazała się z czasem dla rosyjskich przemian ustrojowych doktryną najbardziej wpływową. Wpływową na tyle, że – w sprymitywizowanej formie – stała się oficjalną wykładnią „rosyjskiej tajemnicy”. [1] A. Walicki, W kręgu konserwatywnej utopii. Struktura i przemiany rosyjskiego słowianofilstwa, Warszawa 2002, s. 136, 138. [2] Mowa, oczywiście, o Iwanie Gagarinie i polemice dotyczącej chomiakowowskiej ‘sobornosti’.
|