Newsletter
Odwiedziło nas

 

Fundacja Świętego Mikołaja

 

Muzeum Powstania Warszawskiego

 

Instytut Stefana Starzyńskiego

 

Centrum Myśli Jana Pawła II

 

Stowarzyszenie Twoja Sprawa

 

Ośrodek Myśli Politycznej

 

Fundacja "Dzieło Nowego Tysiąclecia"

 

Instytut Tertio Millennio

 

Muzeum PRL

 

Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej

 

Nowa Europa

 

Dialogi Polityczne

 

Nowe Kryteria

 

First Things

 

Christianitas

 

Fronda

 

Arcana

 

Międzynarodowy Przegląd Polityczny

 

Pressje

 

Biuletyn IPN

 

Zeszyty Karmelitańskie

 

Ius et Lex

 

Labolatorium Więzi

 

W drodze

 

Nowe Państwo

 

Gość Niedzielny

 

ETHOS

 

 

 

 

Radio Wnet

 

Salon24.pl

 

duchowy.pl

 

Fidelitas

 

Kresy.pl

 

Wydawnictwo WAM

 

Fundacja Odpowiedzialność Obywatelska

 

 

 

 

Instytut Tomistyczny

 

 

 

 

 

 

STOP PORNOGRAFII

 

 

 


  

 

Mecenta TP

 


  


 


 


 


 

 

Mateusz Werner, Dekonstrukcja w służbie mitologii (Kronos, 3 (10)/2009) Email
Image
 
Przeszło 60 lat temu wytępiono w Polsce „szlacheckiego parcha”. Czy był zatem peerel „realizacją marzeń” Stanisława Brzozowskiego – „rewolucyjnym państwem narodowym zbudowanym na kulcie pracy”?

 

 

DEKONSTRUKCJA W SŁUŻBIE MITOLOGII

1. Przeszło 60 lat temu wytępiono w Polsce „szlacheckiego parcha” – uosobienie reakcyjnej i klerykalnej bezmyślności, stagnacyjnego, trwożliwie kwietystycznego braku odpowiedzialności dziejowej. Podcięto jego ekonomiczne podstawy, wypędzając go z dworów i pozbawiając własności ziemskiej, skompromitowano w oczach opinii publicznej, ośmieszając jego postawę życiową, obyczaj i wiarę, obnażając klęskę wartości, które reprezentował. Nawet krótka wycieczka na polską prowincję w poszukiwaniu materialnych świadectw tworzonej przezeń kultury przekonuje, że ta operacja sprzed 60 lat zakończyła się pełnym sukcesem i zmiana, która w jej wyniku nastąpiła – ma charakter nieodwracalny. Tamtego świata już nie ma i zniknięcie to można jedynie porównać do innej wielkiej likwidacji, która odbyła się mniej więcej w tym samym czasie i w tych samych okolicach. Czy peerel, który powstał na gruzach tamtej rzeczywistości, był „realizacją marzeń” Stanisława Brzozowskiego – „rewolucyjnym państwem narodowym zbudowanym na kulcie pracy”? To pytanie brzmi jak kpina, ale potraktujmy je poważnie, bo żyjemy dziś w świecie, który jest pozostałością po tamtym eksperymencie.
 
A zatem, czy bezmyślność szlachecka została dzięki peerelowi „zainfekowana myśleniem” – marksowską racjonalnością i dialektycznym rozumieniem historii – a nasza obecna świadomość jest produktem tej fuzji? Czy alienacja klas posiadających od pracy rozumianej jako twórczość została zastąpiona rewolucyjną odpowiedzialnością za rzeczywistość? Czy likwidacja nierówności społecznych wytworzyła nowe poczucie wspólnoty narodowej, a dekonstrukcja romantyczno-katolickiej mitologii zaowocowała nowym, sceptyczno-racjonalnym wzorem kulturowym? Nie śmiejmy się z tych pytań. Podobne nadzieje mógł żywić w 1945 roku polski lewicujący inteligent taki jak Kazimierz Wyka, który nie przeszedł wojennego doświadczenia sowieckiej okupacji i którego niechęć do Polski przedwojennej uległa radykalizacji pod wpływem całkowitej klęski tamtego, znienawidzonego (tak!) świata. Mam jednak wrażenie, że o peerelu mówi się dziś często anachronicznym językiem ówczesnych obietnic i nadziei, jak gdyby stanowił on adekwatny opis stanu faktycznego. Tak jakbyśmy nie wiedzieli, czym różniła się spółdzielczość, którą propagowali Żeromski i Dąbrowska, od spółdzielni zakładanych przez Hilarego Minca. Jakbyśmy nie znali powojennych losów Kazimierza Pużaka, Adama Ciołkosza czy Marii i Stanisława Ossowskich, i wierzyli, że w peerelu istniała otwarta debata o sensie socjalizmu i doktrynalnym kształcie polskiej myśli lewicowej. A przecież wiemy dziś, choćby ze wspomnień Leszka Kołakowskiego, że już wtedy niektórzy członkowie aparatu władzy (ci bardziej ideowi komuniści) buntowali się wewnętrznie przeciwko taktycznej maskaradzie, którą przez kilka powojennych lat musieli uprawiać, by pielęgnując nadzieje lewicowej inteligencji, przeciągnąć ją na swoją stronę (np. nazywając partię komunistyczną – „partią robotniczą”). Maria Janion w swojej rozmowie z Jackiem Trznadlem wspomina o zręcznym zabiegu semantycznym ówczesnych propagandowych kusicieli, polegającym na używaniu magicznych słów: „pokój” i „socjalizm”, których nowego, sowieckiego znaczenia lewicujący inteligent polski jeszcze nie znał i które wystarczyły, by się w jego oczach uwiarygodnić. Mamy dziś zatem wystarczającą wiedzę historyczną: od retrospekcji animatorów tamtej taktycznej farsy aż po banalną, potoczną pamięć obywatela peerelu, który widział jego gnicie i rozkład.
 
A jednak na naszych oczach trwa uporczywa mitologizacja tamtego czasu i jego „etosu”. Rzadko przybiera formy mitotwórstwa naiwnego, a więc sentymentalnie idealizującego przeszłość; znacznie częściej jest mitologią paradoksalną, bo krytyczną wobec „zła” peerelu. Przypomina wówczas argumentację tych lewicowych inteligentów, którzy zaznajomiwszy się z realnym, a nawet „wojennym” komunizmem podczas sowieckiej okupacji na wschodzie – nie mogli w 1945 roku mieć żadnych złudzeń. Należał do nich Czesław Miłosz. Ich postawa da się streścić tak: napadli na nas bandyci i gwałcą, ale cóż można z tym zrobić – są silniejsi, a w dodatku to na ich rzecz pracuje dziejowa konieczność – spróbujmy zatem mieć z tego choć odrobinę przyjemności, a przy okazji zróbmy w Polsce coś pożytecznego (o ile nam pozwolą). I tu zazwyczaj rozpoczyna się smętna wyliczanka, od elektryfikacji i likwidacji analfabetyzmu po „krzewienie kultury świeckiej”. Szkoda czasu na obalanie tych konstrukcji, zatrzymam się tylko na jednym przykładzie. Czy druzgocąca likwidacja „szlacheckiego parcha” jako klasy społecznej uwolniła polskie myślenie od „zdziecinnienia”, którego symbolem – mówiąc w skrócie – jest „kult Sienkiewicza”? Otóż trudno znaleźć zjawisko bardziej typowe dla peerelowskiej umysłowości niż „salon warszawski”, czy jak to nazwał Andrzej Żuławski: „księstwo warszawskie”, a więc środowisko postępowej inteligencji, znakomicie zaadaptowanej do gomułkowskiego i gierkowskiego socjalizmu, które przejęło wszystkie cechy szlacheckiego kołtuna. Partyjniactwo i „towarzyskość” tej elity, jej „herbarze”, hierarchie i prowincjonalne snobizmy, a przede wszystkim brak realnej dyskusji, zastąpionej obowiązującą opinią liderów, od której odstępstwo karane jest środowiskowym ostracyzmem – to wszystko przypominało jako żywo atmosferę przytulnego zaścianka obstawionego kapliczkami, z tą różnicą, że Marynia Połaniecka zastąpiła Sienkiewiczowskie sentencje cytatami z Mrożka, a zamiast niedbale wertować „Chimerę”, chichotała przy Filutku z „Przekroju”. Ten rys postępowej zaściankowości został zresztą przeniesiony do naszych czasów wielce skrupulatnie i z odpowiednim namaszczeniem.
 
2. Polacy mają podobno skłonność do wyobrażania sobie, że ich zbiorowy los to niekończące się pasmo niezawinionych udręczeń. „Polonia, czyli niedole cnoty” – taki tytuł mogłaby mieć fantazmatyczna historia narodu polskiego z ilustracjami Artura Grottgera, przedstawiającymi bezgrzeszną dziewicę wznoszącą ku niebu dłonie okręcone skrwawionymi łańcuchami i na zmianę molestowaną przez pruskiego jegra i dońskiego Kozaka. Ten szyderczy obrazek stracił już dawno na aktualności. Ktoś, kto nie widzi gorliwości, z jaką inteligent polski bierze dzisiaj na siebie odpowiedzialność za zło historyczne XX wieku – od getta ławkowego na przedwojennych uniwersytetach, aneksji Zaolzia, okupacyjnego szmalcownictwa, masakry w Jedwabnem, po „akcję Wisła”, pogrom kielecki, a nawet inwazję wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację – ten dyskutuje tylko sam ze sobą i własnym fantazmatem. Polacy nie angelizują już samych siebie, nie eksternalizują zła. Wiedzą, że mają swój udział w złu, nawet jeśli są ofiarami. Przełomem była ostatnia wojna światowa. I nie trzeba sięgać po świadectwa Tadeusza Borowskiego czy Tadeusza Różewicza, żeby tego dowodzić. Nawet poczciwy legionista Stanisław Rembek zaraz po wojnie stworzył psychologiczne studium okupacyjnego kolaboranta w Wyroku na Franciszka Kłosa, a Jan Józef Szczepański, młody podówczas wielbiciel Conrada, napisał opowiadanie Buty o dezerterach z armii Własowa, którzy przeszli na stronę polskich partyzantów i zostali przez tych naszych dzielnych chłopców wymordowani z powodów rabunkowych.
 
W czasach głasnosti karierę zrobiło powiedzonko, że Rosja podzieliła się na tych, co siedzieli i tych, co pilnowali. W Polsce na szczęście sytuacja była lepsza, choć nie ma wątpliwości, że to, co się tu działo po 1945, było przemocą, którą Polakom zadano ich własnymi rękami. Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Informacja Wojskowa i dziesiątki innych służb, przy pomocy których sterroryzowano ten naród – to byli Polacy. A jednak istotą tego doświadczenia historycznego jest fakt, że była to przemoc zewnętrzna. I stwierdzenie tego nie jest przykładem eksternalizacji zła, ale przypomnieniem banalnej dialektyki totalitarnego systemu, który zawsze polega na redystrybucji przemocy wśród ofiar.
 
3. Inteligent polski, ten „szlachcic wysadzony z siodła”, nie boi się przemocy. Hryniewiecki rzucał w cara bombą, Piłsudski napadał na pociągi z pieniędzmi, a Dzierżyński całą Rosję skąpał we krwi. Fantazmy rewolucyjnej czy tyrtejskiej brutalności znajdziemy nawet u takiego jarosza jak Leopold Staff. A w międzywojniu nie trzeba sięgać do publicystyki „Prosto z mostu”. W Niemytych duszach Witkiewicza, żagarowskich artykułach społecznych Miłosza, czy choćby w opisach fornalskich czworaków w Ferdydurke – znajdziemy wystarczająco dużo furiackiej agresji wobec dogorywającej, post-feudalnej rzeczywistości, by wątpić, że mamy do czynienia z inteligentem zradykalizowanym, gotowym nawet do wsparcia antydemokratycznego przewrotu – gdyby się taki nadarzył. Czy można tedy postawić znak równości między Brzozowskim i Krońskim? Czy Brzozowski miał w sobie „coś ze stalinisty”? A gdy pisał o konieczności zniszczenia „szlacheckich parchów” – czy nie przygotowywał w istocie gruntu pod „ruskie tanki” w 1945?
 
Przypomina się tu rozmowa, którą opisała Barbara Skarga w swoich łagrowych wspomnieniach. Rosyjscy współtowarzysze niedoli przyznawali, że na męki obozu skazała ich własna, bratobójcza władza. Nie było innej instancji, do której można byłoby się odwołać, poza tą nienawistną ojczyzną. Nie było dokąd uciekać. Zazdrościli autorce Po wyzwoleniu poczucia, że gwałt, którego doznaje, jest czymś obcym, pochodzącym z zewnętrz. Dawało jej to poczucie przynależności do lepszego świata; to właśnie poczucie niemal wiek wcześniej tak bardzo rozjuszało Dostojewskiego w „domu umarłych” u napotkanych Polaków. Odczytywał je jako uzurpację niewinności. Splamienie poczuciem winy jest jednak ceną, którą trzeba zapłacić za „ustanowienie się w jestestwie swoim”, a więc suwerenne urzeczywistnienie własnej, choćby szalonej czy zbrodniczej wizji. Tę cenę płacili Rosjanie podczas rewolucji bolszewickiej, Francuzi w 1789 roku, a Niemcy płacą do dziś za masową euforię z 1933 roku. Jednakże przypuszczenie, że dotyczyć to może również rewolucji w Polsce po 1945 – jest pomysłem zupełnie zdumiewającym.
 
Film Andrzeja Wajdy Danton kończy się piękną sceną: mały chłopiec w kąpieli recytuje „Prawa Człowieka i Obywatela”. Wylała się rzeka krwi, ucierpiały miliony, ale przynajmniej coś dzisiaj z tego mamy, coś, co zostało: prawa człowieka. Do takiego równania mają prawo Francuzi, którzy sami sobie zgotowali ten los. Otóż nie można podobnej sceny umieścić w, powiedzmy, Matce Królów Brandysa: stalinizm był straszny, najlepszych Polaków wygubił, w końcu pożarł własne dzieci, ale na dnie tego popieliska błyszczy… co? Nic nie błyszczy. Taka scena nie jest możliwa. Dlaczego? Bo to nie była suwerenna rewolucja – ta przemoc przyszła z zewnątrz. Właśnie dlatego Krońskiego trzeba porównać nie z Brzozowskim, ale z Feliksem Dzierżyńskim, Julianem Marchlewskim, Feliksem Konem, Wandą Wasilewską – to jest właściwy kontekst. Tych ludzi Polska nie obchodziła i wbrew pozorom to stwierdzenie nie ma nic wspólnego z bezpłodnym moralizatorstwem. Gdyby chodziło o aspekt moralny, „patriotyczny” – wystarczyłoby zacytować wiersz przedwojennego komunisty, Władysława Broniewskiego: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli”. Te słowa dotyczą wszakże również „ruskich tanków”, które miały wyzwolić polski proletariat – wystarczy przypomnieć, jak zachowywał się Broniewski w więzieniu na Zamarstynowie w 1940 (zadenuncjowany m.in. przez późniejszego architekta peerelowskiej kultury, Jerzego Borejszę). Pisał o tym Aleksander Wat.
 
Idzie mi jednak o coś innego. Gombrowicz pisząc swą genialną odpowiedź na „szlachecką nerwicę”, nie był nikim innym jak zbuntowanym przeciw samemu sobie „szlacheckim parchem”! Tak, Ferdydurke to wykwit tej kultury, oryginalna i bezlitosna samoświadomość będąca świadectwem przynależności, a zarazem skrajnego dystansu. Tę schyłkową szlachecką kulturę stać było na to, aby z własnej immanencji, by tak rzec – wyłonić rewolucyjną kontrpropozycję. Czy scena z wyjącymi i szczekającymi po psiemu chłopami nie dorównuje ostrością „klasowego konfliktu” socrealistycznym gniotom Wasilewskiej i Kruczkowskiego? Nie, ona jest bez porównania mocniejsza, jest mocniejsza niż cokolwiek, co próbowano w tym języku na ten temat powiedzieć. Chodzi zatem o suwerenność myślenia, o wolność po prostu. Stanisław Brzozowski był suwerenny, chciał rewolucji polskiej kultury, która byłaby indywidualnym przepracowaniem (przemyśleniem) naszej tradycji narodowej (przede wszystkim polskiego romantyzmu), a nie skokiem na władzę ideologicznego gangu – i o to m.in. spierał się Różą Luksemburg. Żądając przezwyciężenia polskiej duchowości – próbował przezwyciężyć samego siebie. Dlatego pisma Brzozowskiego pozostaną na zawsze trwałą inspiracją polskiej inteligencji – niezależnie od politycznego koloru ich czytelników.
 
Tego właśnie – wolności myślenia, suwerenności poszukiwań – brakuje powojennym marksistom zaprowadzającym w Polsce komunizm, choć nie brakowało wśród nich błyskotliwych umysłów. Ich wysiłek, choć nierzadko przybierał formy wyrafinowane (Żółkiewski, Kroński, Kott) – był de facto uzasadnieniem obcej przemocy, wtórną racjonalizacją brutalnej rzeczywistości. Kroński jest wyjątkowo spektakularnym przykładem intelektualnego kondotierstwa, bo sam się nim szczycił. Wystarczy przyjrzeć się jego korespondencji z Miłoszem z czasów, kiedy jeszcze „obsługiwał myślowo” londyńskiego chlebodawcę, co, jak wiadomo, przysporzyło mu kłopotów, gdy zmienił politycznego patrona (jego artykuł o egzystencjalizmie ukazał się w inauguracyjnym numerze „Kultury” Giedroycia, co dało później okazję do małych szantażyków). Zarzut niesuwerenności dotyczy również byłych stalinowców tworzących „kulturę października” (choć później kilku podjęło, z różnym skutkiem, próbę myślowego wyzwolenia). Patrząc na to z dzisiejszego dystansu, „październikowa odwilż” była adaptowaniem doktryny do „nowej sytuacji”. Korektą błędów i wypaczeń w ramach tego samego systemu. Nadawaniem „ludzkiej twarzy” starej przemocy. Umacnianiem władzy za sprawą ideologicznego rozluźnienia. Nie znajduję lepszego opisu dla roli zaangażowanych w to ludzi niż cytat z innego byłego stalinowca: „co urodziło się martwe, długo nie może umrzeć” (Stanisław Jerzy Lec).
 
4. Kontekst ma znaczenie. Nawet najsłuszniejsza krytyka wypowiedziana pod twoim adresem przez śmiertelnego wroga przestaje być prawdą, stając się zaledwie propagandowym narzędziem dominacji – jeśli ją od niego przyjmiesz. Dlatego trudno traktować np. krytykę polskiego romantyzmu i katolicyzmu wypowiadaną przez Tadeusza Krońskiego czy Jana Kotta inaczej niż w kategoriach politycznych, choćby nie różniła się od tez Stanisława Brzozowskiego. Także dzisiaj, dopóki polska lewica nie przetnie swej peerelowskiej pępowiny – jej głos w sprawach społecznych i kulturowych będzie miał tylko znaczenie polityczne i nie zmieni tego nazwisko Brzozowskiego na liście intelektualnych patronów. Jak na razie po dwudziestu latach od upadku komuny nie pojawiła się w Polsce lewicowa formacja, która sięgając do rodzimych tradycji myśli socjalistycznej, potrafiłaby ugruntować swą tożsamość na głębokim zrozumieniu historii komunizmu w Polsce. Trwa maskarada i udawanie, że komunizmu w Polsce nie było, a peerel nie dostarcza nam już dziś materiału do filozoficznych przemyśleń.
 
Utwierdza mnie w tym przekonaniu miałkość okolicznościowych tekstów po śmierci Leszka Kołakowskiego, myśliciela kluczowego dla zrozumienia, czym był komunizm w Polsce i czym był peerel. Ten najważniejszy polski marksista, a później jeden z największych krytyków marksizmu na świecie, okazuje się dla nowej lewicy w Polsce zupełnie nieinteresujący. Gdyby założyć, iż lewicowi intelektualiści kierują się w swoich poszukiwaniach myślowych bezinteresowną ciekawością – fakt zupełnego lekceważenia Kołakowskiego byłby dla mnie zdumiewający. Ale nawet dla tych, którzy swą motywację czerpią wyłącznie z doraźnych, politycznych pobudek – Kołakowski powinien być głównym punktem orientacyjnym, wszak ferment myślowy, którego był animatorem, to jedna z niewielu rzeczy, które mogłyby stać się pozytywną spuścizną po peerelu, gdyby je poddać gruntownej analizie. To są właśnie owoce dawnej, zewnętrznej przemocy, które smakują – choć nie wszystkim – dopiero w drugim, trzecim pokoleniu. Co dziś jednak znaczy projekt „otwartego marksizmu” dla naszej lewicy? Trudno tego dociec na podstawie rytualnych laudacji pisanych przez uczniów i przyjaciół Kołakowskiego od lat kilkudziesięciu w rytm kolejnych jubileuszy. Tak: sławiony, okadzany, wielbiony. I niemal zupełnie zapomniany.
 
Tekst ukazał się w numerze 3(10)/2009 czasopisma Kronos www.kronos.org.pl
 
Copyright © 2003-2010 Teologia Polityczna