| Teologia Polityczna |
|---|
| Newsletter |
|---|
|
|
| Odwiedziło nas |
|---|
|
|
|
|
| Bronisław Wildstein, Czas niedokonany |
|
Poruszający fragment powstającej właśnie powieści Bronisława Wildsteina
Z lekarzem, który przeprowadził operację Adama Broka, umówili się o trzynastej. Musieli jednak czekać na niego na korytarzu blisko pół godziny. Kiedy zbliżył się, wiedzieli już, że jest źle. — Niestety, nie mam dla państwa dobrych wiadomości. To bardzo zaawansowany rak żołądka. Przerzuty... trudniej powiedzieć, gdzie ich nie ma. W takich wypadkach operacja nic nie pomaga, wręcz przeciwnie. Ale przecież musieliśmy ją zrobić, nie wiedzieliśmy, nie mogliśmy wiedzieć w jakim jest stanie. Nie daję mu więcej niż parę tygodni życia. Zdumiewa mnie tylko, że tak późno zgłosił się do nas. Przecież musiał upiornie cierpieć. Zaszyliśmy go i właściwie nic więcej nie możemy zrobić. Będziemy podawać mu morfinę. Ale co jeszcze możemy zrobić... Mogli odwiedzić go dopiero następnego dnia. Zuzanna zapamiętała szarą, pergaminową twarz na bieli poduszki. Spał, kiedy przyszli. Gdy jednak po cichu usiedli przy łóżku otworzył oczy. Spojrzał na Zuzannę i usta drgnęły mu w nieomal niedostrzegalnym uśmiechu. — Sara — wyszeptał. Oczy zamykają się. Chory chyba zapada w sen. Zuzanna wie, że Sara to imię matki Benedykta. Tego wieczoru Zuzanna siedziała z Benedyktem przy otwartym oknie pijąc wódkę z coca colą. Kończył się maj, noc była prawie gorąca, a śpiew ptaków wypełniał podwórze, oddzielał od szumu miasta. — Nie mogę sobie tego uzmysłowić. — Powtarzał Benedykt z bezradną twarzą. — Nie może dojść do mnie, że ojciec umiera. Chociaż nie powinienem się dziwić. Ma już siedemdziesiąt lat. Powinienem spędzać z nim więcej czasu. To ty zachowujesz się jak jego córka. a ja... Mam wyrzuty sumienia, że czuję za mało. Jakbym nie do końca uświadamiał sobie... Zuzanna patrzyła w noc. Okna na rozległe podwórze były atrakcją tego mieszkania. Wielkie kasztany i klony dawały poczucie azylu w środku miasta. Ojciec Benedykta dostał to uprzywilejowane mieszkanie jako oficer. "Oficer z dobrymi kontaktami" jak zauważał kpiąco. "Najtrudniejszy jest pierwszy krok" śpiewał za oknem kobiecy głos. Rozmawiać można było z nim dopiero dzień później. To wtedy Zuzanna z Benedyktem zaczęli spędzać przy łóżku ojca wspólnie, albo na zmianę całe dni. Kiedy następnego dnia na powitanie Zuzanna pocałowała teścia w policzek, uśmiechnął się. Na takie czułości odważyła się dopiero teraz, w szpitalu. Wcześniej zdarzały się im wyłącznie uroczyste pocałunki w czasie ślubu czy rodzinnych ceremonii. — Przypomniałaś mi Sarę, matkę Barucha — powiedział Adam Brok, dając do zrozumienia, że pamięta co działo się poprzedniego dnia. — Chociaż nie jesteś do niej podobna. No i co? Powiedzieli wam ile mi jeszcze zostało? Miesiące czy mniej? — Rzucił z pewną nonszalancją. — Nie powiedzą mi tego, chociaż to znajomi, koledzy po fachu. Trzeba trzymać pacjenta w niepewności. Na tym opiera się władza lekarza. Nie można z tego rytuału zrezygnować nawet wobec takiego dwuznacznego przypadku jak ja. Lekarza-pacjenta. No więc? — Co też ojciec?! — Przesadnie obruszył się Benedykt. — To jakieś głupstwa. Sam ojciec powinien wiedzieć, że w takich skomplikowanych sprawach nie jest łatwo formułować diagnozy i podawać terminy, ale te... te...pomysły... — Daj już spokój! — Mruknął zniecierpliwiony ojciec odwracając się od syna, który mówił coraz bardziej niepewnie i niejasno. — Słyszę głosy — Po chwili milczenia żartobliwie oświadczył Adam Brok. — Nie bójcie się, nie wariuję. Wracają do mnie głosy przeszłości, ważne i pozbawione znaczenia. Zresztą nie wiem, które są które. Głowa szumi mi od nich w trzech, a niekiedy czterech, albo więcej językach. Przekrzykują się i wykłócają. Straszny mam kłopot żeby zrobić z tym wszystkim porządek. — Mówił już bardzo serio. — Dlatego: zostawcie mnie. Muszę dać sobie z nimi radę, a w tym nikt mi już nie pomoże. To był jeden z niewielu razy kiedy odesłał ich, niepewnych czy mają słuchać, ale wreszcie ulegających jego autorytetowi. Na początku wyglądało jakby niezwykle prędko wracał do zdrowia. Szybko zaczął podnosić się z łóżka i mimo protestów lekarzy i pielęgniarek samodzielnie maszerował do toalety. Coraz częściej wstawał i siadał przy stoliku obok łóżka. Czasami nawet trochę chodził po korytarzu. Uważniejsze spojrzenie rozwiewało jednak nadzieje. Oczy błyszczały mu niezdrowym blaskiem. Szybko się męczył. Przerywał niespodziewanie rozmowy. Patrzył w okno. Niekiedy nagle zaczynał oddychać gwałtownie jakby chciał jeszcze nasycić się powietrzem. Jego oczy rozpaczliwie poszukiwały zaczepienia. Czasami patrzył na Zuzannę długo, tak długo, że zaczynała czuć się niepewnie. — Zastanawiam się czy przypominasz mi Sarę tylko dlatego, że jesteś żoną mojego syna, którego ona była matką? — Zaczął wpatrując się w nią. Przymknął oczy i mówił jakby dyktował list. — Ożeniłem się z Sarą w październiku trzydziestego siódmego roku. Europa pęczniała grozą. Sześć miesięcy potem urodził się nasz syn. Baruch. Ten czas wspominam jako najszczęśliwszy w moim życiu, chociaż chwilami ogarniała mnie rozpacz. Tak wyraźnie czułem, że nasz świat się kończy, tak wyraźnie, że teraz, chwilami nie jestem w stanie w to uwierzyć. Moja psychiatryczna dusza przypomina mi mechanizmy projekcji, rzutowania w czas wcześniejszy, tego co naznaczyło nas później. Ale ja mam dowody. Pamiętam swoje rozmowy z Sarą, z przyjaciółmi. Pamiętam nasz spacer po Łazienkach. Był już wrzesień, szliśmy kasztanową aleją, a twarde owoce spadały dookoła jak grad. Była popołudniowa piękna pogoda, ale słońce nie prażyło już więc pchaliśmy Barucha w otwartym wózku. Trzymałem nad jego głową dłoń jak prowizoryczny daszek. Bałem się, aby spadający kasztan nie wyrządził mu krzywdy. "Nie uważasz, że zamiast się rozmnażać powinniśmy teraz popełnić samobójstwo? Jesteśmy szczęśliwi. Groza jest jeszcze daleko. Teraz to nie byłoby takie straszne." Powiedziała Sara nieomal zalotnie. Zaśmiała się jakby mówiła o czymś zupełnie innym. Jej słowa wracają do mnie. Groza była już blisko. I to taka jakiej pomimo wszelkich przeczuć nie byliśmy w stanie sobie wyobrazić. Gdybyśmy zrobili jak mówiła, oszczędzilibyśmy jej niewypowiedzianych cierpień. W czasie wojny mogła myśleć... pewnie myślała, że Baruch ma niewielkie szanse. Nie wiedziała czy ja żyję. Nie chcę nawet wyobrażać sobie, co czuła oddając znajomym swojego czteroletniego syna. Wyobrażam sobie jego krzyk. I co z tego, że oddawała go ludziom, do których wcześniej miała zaufanie. Wojna oduczała go. Myśli o dziecku musiały ją torturować zanim sama... zanim nie zagazowali jej w Treblince. Wcześniej asystowała przy agonii swoich rodziców, najbliższych. Przyjaciele proponowali jej ucieczkę, ale to znaczyłoby zostawienie swoich rodziców, chorego ojca, zagubionej, przyzwyczajonej do opieki i dostatku matki. Kiedy teraz myślę o swoim życiu od momentu wybuchu wojny, to jego jedyną racją jest Baruch. I pomyśleć, że, z mojej winy, nigdy nie osiągnęliśmy bliskości, tej bliskości jaka powinna łączyć ojca i syna. Jego odnalezienie było takim szczęściem, nieprawdopodobnym i jedynym. — Adam Brok przerwał i zacisnął powieki. Trwał tak długą chwilę. Zuzanna był z nim sama. Kiedy zaniepokoiła się, zaczął znowu. — Sarę poznałem kilka miesięcy przed ślubem. Mniej niż rok. Studiowała germanistykę. Język das Volk der Denker und Dichter. Drukowała pierwsze szkice o literaturze. Ja wolno dochodziłem do siebie po psychoanalizie i Wiedniu. Sara pozwoliła mi o tym nieomal zapomnieć. Wspomnienia stamtąd stopniowo przekształcały się w opowieść kogoś obcego. Osobliwą i nie do końca jasną. Gubiły się koszmary, które latami nie dawały mi spokoju. Przestałem śnić, że coraz prędzej, nieprzytomnie lecę w dół na nogach, które zmieniły się w koła i nie mogą wyrwać się z torów prowadzących w czarną czeluść pode mną. Albo, że nie potrafię się ruszyć, a za mną w ciemności uwijają się postacie, których nie widzę, wymieniając miedzy sobą ohydne skrzeki. I wreszcie czuję, wiem, że jedna przykłada mi do głowy ogromny ćwiek, a druga uderza weń młotem i budzę się od rozrywającego bólu, albo strachu przed nim. Przestali śnić mi się Stella i Otto. Chociaż, jeszcze długo potem, wyobrażałem sobie, a może śniłem, że spotykam Ottona von Holstein w czarnym mundurze SS. Widmo Ottona w czarnym mundurze powróciło do mnie w czasie wojny. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, zadeklarował, że przystępuje do nazistów. A radykalizmu i konsekwencji nie można mu było odmówić. "Może trzeba było przejść cały ten rozkład żeby odrodzić się." Powiedział obejmując spojrzeniem kawiarnię. Spotkaliśmy się w Cafe Central. Było to niedługo po śmierci stryja. Zdecydowałem się wracać do Warszawy, choć nazywanie powrotem przeniesienia się do Polski jest chyba przesadą. W Niemczech rządzili naziści i zaczęło obowiązywać nadzwyczajne zarządzenie o ochronie narodu i państwa. Nie interesowałem się polityką, ale to wiedziałem i wiedziałem, że jest ważne, chociaż, oczywiście, nie wiedziałem jak ważne. Dozorca przekazał mi liścik od Ottona. "Chyba jednak powinniśmy się pożegnać. Czekam na Ciebie w Cafe Central jutro w południe. Jeśli termin Ci nie odpowiada, zostaw mi wiadomość. Otton von H." Tak jakoś napisał. Pojawiłem się w to rozmazane południe. Wiosna ciągle nie mogła się zacząć. Ottona nie widziałem od samobójstwa Stelli. Na jej pogrzebie wymieniliśmy ukłony. Gorące uczucia zmieniły się w gorzej niż niechęć. Winiłem go jakoś za jej śmierć. Musiał się tego domyślać. A może... Może on winił mnie? — Brok zawahał się. Zapatrzył się w jakiś punkt obok głowy Zuzanny i kontynuował. Drobne ruchy palców pomagały ożywić przeszłość, wywołać wizję, która pozostanie w pamięci Zuzanny intensywna jak własne wspomnienie. — W Cafe Central Otto czekał już przy stoliku, który swojego czasu notorycznie okupowaliśmy. Ta kawiarnia to był osobny, zamknięty świat. Ogarniał, kiedy tylko obrotowe drzwi wprowadzały na czerwony dywan z nazwą kawiarni. Nawet światło było tam szczególne. Niewyraźny dzień zza wielkich okien przenikał się z iluminacją wiecznie zapalonych, zwisających z sufitów i przyczepionych do kolumn lamp, dając specyficzny, szaro brązowy odcień wnętrza. Mauretańskie kolumny, łuki wiedeńskiej świątyni nad okrągłymi stolikami izolowały od miasta za oknami. Chociaż, może to ona była prawdziwą esencją Wiednia? To był niezręczny moment. Dosiadam się do Ottona, wykonuję gest głową i nie wiem za bardzo jak się zachować. Uścisnąć rękę komuś kto był więcej niż przyjacielem, a teraz jest... Poprzestajemy więc na kiwnięciu głowami. Z rozmowy pamiętam jego słowa. Coś chyba mówiłem, ale nie potrafię sobie tego przypomnieć. Może nie było to takie ważne? Otto opowiadał, że stworzyliśmy sobie sztuczny, a nawet groteskowy świat. Świat, w którym tylko nasza pustka i cierpienie były prawdziwe. Mówił to z takim pogardliwie bolesnym skrzywieniem ust. Zawsze był trochę egzaltowany. Taką zdystansowaną, ironiczną egzaltacją. Ale wtedy... Dokładnie pamiętam jak wyglądał i parę jego kwestii. "I ta żałosna femme fatal... która okazała się fatalna głównie dla siebie. Biedna dziwka." "A ty, ty kim jesteś?!" Tę swoją odpowiedź-pytanie akurat zapamiętałem. "Pewnie masz rację. Pewnie nie powinienem tak o niej mówić. Ale mówię to między nami. A my... cóż, tyle samo jesteśmy warci." Mówił jeszcze trochę, a potem podsumował to mniej więcej tak. "Może trzeba było wysondować tę kloakę kultury, aby przezwyciężyć ją? Psychoanaliza... Żydowski pomysł na samoodkupienie. Pogodzenie nas ze statusem ostatnich ludzi. Mam nadzieję, że nie masz do mnie żalu? Potrafisz odróżnić kulturowe ujęcia od naszych, osobistych relacji? Nie jesteś tylko Żydem, tak jak ja nie jestem tylko Austriakiem, ale jednak jesteś Żydem, a ja Austriakiem. To coś musi znaczyć." Przypomniał spotkanie z Janzem, które zrobiło na nim wielkie wrażenie. "Potrzebujemy formy, a fűhrer proponuje nam formę. Te pseudokulturalne gry są tak płaskie jak secesyjne zawijasy. Czas z tym skończyć. Czas zdobyć się na prawdziwą odwagę." Coś jeszcze mówił, ale nie pamiętam dokładnie co. Nie pamiętam kto z nas podniósł się pierwszy. Może zrobiliśmy to razem? Wiedzieliśmy, że to już koniec rozmowy. Nie podaliśmy sobie rąk. Z Wiednia wyplątywałem się jeszcze długo. Bo to nie tylko Otton, Stella i nasza niewielka grupka. To także moi koledzy psychoanalitycy. Podchody wokół proroka, w które nawet do pewnego stopnia zostałem wciągnięty. Wychodziłem z tego powoli w Warszawie. Zerwałem z psychoanalizą, a nie pogodziłem się z klasyczną psychiatrią: jak zawsze stałem trochę z boku. Byłem osobnym bytem. Sara zmieniła moje życie, pozwoliła mi je pokochać. Na ten krótki okres. — To była niezwykła epoka te trzy, niecałe trzy lata przed wojną. Łapczywy czas. Mam wrażenie, że chcieliśmy wycisnąć z niego wszystko, czując jak bardzo jest zagrożony i ograniczony. Nasze szczęście miało specyficzny, gorzkawy smak. Pamiętam jak budzę się nocami i patrzę na śpiącą obok Sarę. Dotykam jej delikatnie, żeby nie przerywać jej spokojnego snu. I myślę, że ta piękna kobieta i śniące w rogu pokoju dziecko, nasz syn, zatopieni w poświacie zza okna, to jest więcej niż kiedykolwiek mogłem sobie wyobrazić i dlatego to nie może trwać. Kiedy szedłem z kliniki do domu i oglądałem miasto, które lubiłem najbardziej ze wszystkich, w których mieszkałem dotąd, widziałem uśmiechniętych ludzi, myślałem, że to ostatnie dni takiego spokoju i radości. Ostatnie dni tego pięknego miasta. Upajałem się spacerami po Warszawie, której już nie ma. Bo teraz to już jest inne miasto. Zostało w nim tylko dużo zieleni, jak wtedy. Ale wtedy, mam wrażenie, miasto krztusiło się nią. Wiosna bez końca przechodziła w lato, a ono długo jeszcze panoszyło się jesienią. Młodzi, pełni radości ludzie na ulicach jakby była jeszcze nadzieja. Wiem, że działy się wtedy także różne nieprzyjemne rzeczy, jak to między ludźmi, ale jakie to miało znaczenie wobec tego co zdarzyło się potem? Może pamięć odsącza to, co złe... Bo w perspektywie tamto złe okazało się tak znikome, okazało się niczym wobec apokalipsy, która nadeszła i odrażającego świata później. Pamiętam napięcie, które pojawiało się niekiedy wśród moich przyjaciół wtedy. Antysemityzm... Pamiętam Kleina i jemu podobnych, dla których tamten świat to było dno upodlenia. Tak deklarowali, pokrzykiwali. Mieli nawet jakieś racje. Ale to, co nadeszło, monstrualne zło kazało zobaczyć wszystko w innych proporcjach. I wtedy właśnie, jakiś rok przed wojną, przyjechał do nas z Francji mój brat, Jakub. Była właśnie ta piękna, ostatnia jesień, o której ci opowiadałem. Podpisany został Układ w Monachium. Baruch kończył pół roku. "Wolę być tu, w tym samym kraju co wy. I tak się nie uratuję. Mam nadzieję, że chociaż wy..." Jakub zawiesił głos. Przyszedł do mnie do kliniki. "Gość z Francji" zaanonsował go portier. "Powiedział, że jego nazwiska nie mógł pan zapamiętać, ale znacie się dobrze." Coś zacząłem przeczuwać. Wyszedłem z gabinetu. Na ławce w korytarzu siedział starszy mężczyzna ze zniszczoną twarzą. Nie powinienem go poznać, ostatni raz widziałem go kiedy miał dwadzieścia lat, a ja dwanaście. A jednak. Patrzył na mnie w napięciu. Podszedłem na miękkich nogach. "Jakub?" Zapytałem. Sara krzątała się, zrobiła zaimprowizowaną kolację. Wynajmowaliśmy mieszkanie na Alejach Jerozolimskich. Usiłował uśmiechać się. Do Sary, do Barucha, do mnie. Z małym próbował się bawić. Jego twarz zmieniała się, tajała nieco, ale jako psychiatra widziałem na niej specyficzny skurcz, maskę, którą tworzą pogłębiające się urazy, aby przekształcić się w neurozę. Mówił mało. Domagał się, abyśmy opowiadali o sobie. Był ujęty Sarą. W pewnym momencie zapytał czy nie obraziłaby się, gdyby wyciągnął mnie na wódkę, męską wódkę. Zaproponowałem "Ziemiańską". Myślałem, że pokażę mu modny lokal. Odmówił. Chciał czegoś małego i na uboczu. "Pamiętasz, jak uciekaliśmy z Kurowa?" Zapytał, kiedy w milczeniu opróżniliśmy z pół butelki. "Nie możesz pamiętać." Odpowiedział sobie. Pamiętałem. Niósł mnie. "Od dziesięciu lat uciekam... chociaż może uciekam od zawsze? W każdym razie od dziesięciu lat właściwie nie wiem po co żyję." "Nikt z nas nie wie." Odpowiedziałem. "Ale nie myślimy o tym. A ja od dziesięciu lat pytam siebie po co żyję, bo wiem, że zasłużyłem na śmierć, zasłużyłem na wszystko co mnie jeszcze spotka i na więcej. Jeszcze w Sowietach, kiedy zacząłem rozumieć już, co zrobiliśmy, pojąłem, że nie stworzymy nowego człowieka — i na szczęście go nie stworzymy — a tylko będziemy krzywdzić i kaleczyć ludzi istniejących, gdy zrozumiałem to, pojąłem, że zasłużyłem na śmierć i zacząłem myśleć o ucieczce. Na początku żyłem więc, aby tworzyć komunizm, a potem, aby z niego uciec. Kiedy już uciekłem, myślałem, że przeżyłem, aby dać świadectwo, opowiedzieć o tym co zrobiliśmy, co komuniści chcą zrobić. Opublikowałem parę artykułów w emigracyjnej prasie, kilka w prasie francuskiej. I koniec. Francuski wywiad zaproponował mi pracę konsultanta. Przyjąłem. Wszystko to okazało się bez znaczenia i sensu. Chciałem uratować stryja. Nie udało się." Jakub opowiedział, że przeglądając dokumenty komitetu centralnego, nieoficjalnie zresztą, właściwie jako ktoś w rodzaju nielegalnego kontrolera GPU, zorientował się, że w pewnym momencie na tajną operację wyciekło ileś milionów dolarów. I rozpłynęły się. Niesamowite wówczas pieniądze. To był początek lat dwudziestych. Konnica bardzo sprawdziła się podczas wojny domowej, ale po zakończeniu działań, liczba dobrych koni drastycznie zmalała, popadały, zjedzono je. Brakowało zwłaszcza ogierów rozpłodowych. A bolszewicka Rosja objęta była blokadą. Sprawę podjął się rozwiązać zaufany towarzysz od międzynarodowych relacji. Podstawieni pośrednicy mieli kupić argentyńskie ogiery do Szwecji, a w rzeczywistości przewieźć je do Sowietów. Pomiędzy paru wymienionymi pośrednikami, pojawiło się przybrane nazwisko stryja, którego używał w tego typu interesach. Zaufany towarzysz zniknął za granicą razem z pieniędzmi, a ślad po nim pozostał wyłącznie w archiwach komitetu. "Gdyby to było wcześniej, przekazałbym sprawę GPU." Mówił ponuro Jakub. "Gdyby to było wcześniej zainicjowałbym śledztwo, które doprowadziłoby do śmierci stryja, którą pewnie poprzedzałyby straszne rzeczy, do śmierci mojego wychowawcy, przybranego ojca, człowieka, który uratował nas i wychował. Zadenuncjowałbym go. Wiem o tym. Wtedy jednak świat wokół mnie zaczynał się już walić. Zawahałem się. Zatrzymałem. Nie zrobiłem tego." Okazało się, że stryj był w to zamieszany jak i w wiele innych, ponurych sprawek. Przyznał się Jakubowi, kiedy ten po ucieczce znalazł go w Zurichu. "Czy miałem prawo go potępiać?" Pytał mój brat. Powtarzał, że w porównaniu z nim samym, stryj był aniołem. "Zabijałem ludzi, torturowałem, dręczyłem ich. Nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić co robiłem. Mnie samemu trudno w to uwierzyć. Budowałem piekło. Nawet za grosz nie usprawiedliwiają mnie moje intencje. Nie uratowałem stryja, nie uratowałem nikogo. Zastanawiam się ciągle po co Bóg mnie uratował." Na początku pomyślałem, że to retoryczny zwrot, śmieszny w ustach byłego bolszewika. Ale brat powtórzył to. "Może to jest najważniejsze." Powiedział. "Zrozumieć dlaczego Bóg trzyma mnie jeszcze przy życiu. Czy w ten sposób mam je odpokutować? Chociaż wiem, że nie można zadośćuczynić za to co zrobiłem i tylko Bóg może pozwolić urodzić się mi na nowo." "To ty wierzysz w Boga?" Zapytałem niepewnie, trochę śmiejąc się, choć rozmowa nie była do śmiechu. Jakub nie śmiał się. "Zaczynam wierzyć. Może próbuję." To było chyba po dwóch butelkach. Mówił jednak trzeźwo. Tak mi się wtedy wydawało. Myślę o tym coraz częściej. Wtedy Jakub powiedział, że chce zostawić mi swój pamiętnik. Poprosił, żebym przeczytał go i zastanowił się czy wydać. Powiedział, że to ważne dla niego. Ale może tylko dla niego. W trójkę, z Józefem spotkaliśmy się później tylko raz. Nie było to spotkanie wesołe. Kiedy tyle razy potem Zuzanna przypominać sobie będzie ostatnie monologi teścia, kiedy powracały będą do niej niespodziewanie przywołane jakimś odległym skojarzeniem, albo bez powodu, w każdym razie bez takiego, który będzie w stanie sobie uświadomić, nie będą nigdy tylko pamięcią głosu Adama Barucha. Będą jej wspomnieniami, ciągiem przeżyć i obrazów, którym towarzyszył będzie jego głos. Może na wspomnienia te nałożą się wizerunki, które będzie oglądała później jak albumy z Wiednia, Cafe Central, teksty na temat miejsc i miast, w których swoje życie przeżywał jej teść. Fotografie Rumunii z końca lat trzydziestych, Bukaresztu, Karpat na granicy krajów. Niekiedy szukała książek, które mogły je zawierać, a niekiedy trafiać będzie na nie przypadkiem, jeśli był to przypadek, jeśli coś w życiu jest przypadkiem. Zdjęcia stamtąd przywoływać będą Adama Broka i jego świat, jego ostatnie wspomnienia. Głos traci siłę, ale on mówi dalej. Z widocznym wysiłkiem, zamykając oczy, zdaje sprawozdanie z tego czemu nie potrafił zapobiec. — Potem była wojna. Miałem szczęście. Jeśli można to tak nazwać. Jeśli nie było na odwrót. Zostałem zmobilizowany. Pożegnałem Sarę. Byłem na froncie. Pod Lwowem trafiłem w niemiecko-sowieckie kleszcze. Odcięli nas od sztabu, nie mieliśmy nawet czym walczyć. Nieoczekiwanie, jako jedyny oficer zostałem dowódcą. Rozpuściłem oddział. Powiedziałem, że idę do Rumunii, a oni mogą robić co chcą. Niech tylko ukryją broń tak, żeby mogli ją potem odnaleźć. Trochę błądząc bezdrożami, pokonując stromizny, piechotą doszedłem do Slanic, małego uzdrowiska, gdzie internowany został nasz rząd. Dookoła wznosiły się obojętne góry. Spotkałem paru znajomych i okazało się, że wbrew pozorom mam co robić. Pewnie zawsze jest coś do zrobienia. Rumuńska straż graniczna usiłowała odebrać wojewodzie krakowskiemu walizę ze złotymi monetami, które ten skonfiskował tuż przed wyjazdem robiącemu nielegalne interesy kantorowi wymiany. Na granicy wywiązała się bójka, w której polscy policjanci pobili rumuńskich strażników i oddalili się z walizą. Przekazali ją do Slanic, a polskie władze postanowiły jak najszybciej wysłać je do Francji. Zostałem jednym z paru obarczonych tę odpowiedzialnością kurierów. Częściowo piechotą, częściowo koleją dotarłem do Bukaresztu. Jesień była gorąca i słoneczna. Rytm miasta wydawał się osobliwie radosny, co pogłębiało poczucie obcości i bólu. Szerokie, zadrzewione ulice niosły tłumy spacerowiczów. Osiemnastowieczne cerkiewki opierały się o nowe, wysokie budynki. Wszystko wydawało się spokojne i obojętne. Dotarłem do ambasady i, dokazując niemożliwego, spotkałem się z potwornie zajętym ambasadorem. Przekazałem mu pieniądze. Zaangażowany zostałem w przeprowadzanie żołnierzy z granicy rumuńskiej dalej do Francji. Ostatnią taką podróż robiłem już zimą czterdziestego roku. Przy granicy czekałem na grupę, którą miałem przeprowadzić przez góry. Ulokowałem się w opuszczonej chacie, którą pokazali mi znajomi przemytnicy. Opowiadali, że wymordowano tam rodzinę i od tego czasu nikt nie miał odwagi się w niej zatrzymać. W dzień przez śnieg brnąłem do znajomej gospody, gdzie mieli pojawić się ludzie, których mi powierzono. Gospoda była własnością przemytników. Dostałem od nich nawet książki, które przedzierając się przez góry pozostawili tu rozmaici podróżnicy. W nocy słuchałem dzikiego koncertu wiatru, albo usiłowałem czytać przy lampie naftowej. Zawierucha rozsypywała się na stado istnień. Chociaż przyzwyczaiłem się do ich wycia i zawodzeń, czasami nieoczekiwany łomot budził mnie. Dom żył i jęczał smagany przez wiatr. Usiłowałem czytać. W dzień było biało. Śnieg wokoło chaty i skrzące się, obłe góry z ciemniejszymi łachami lasu. Było pięknie, ale moje istnienie było przypadkowe i zbyteczne. Dojmujący stan nierzeczywistości nie chciał ustąpić. Wcześniej potrafiłem odczuwać go we Wiedniu, kiedy orientowałem się, że wszystkie nasze usiłowania są nic nie warte, a nawet śmieszne i jesteśmy jak dzieci, które bawią się nie zdając sobie sprawy, co dzieje się wokoło. Były to jednak chwile. Potem... no, ale to było potem, po wojnie. Wtedy, w pustce zimowych gór, w nieludzkiej bieli poczucie nierealności na granicy utraty istnienia trwało i narastało. Bolało. Czasami ratował mnie Wergiliusz, którego tomik po łacinie dostałem od przemytników. Spędziłem tam nie pamiętam ile czasu. Mogło to być dwa tygodnie, mogło więcej. Wreszcie, kiedy straciłem już nadzieję, pojawiła się nieco zredukowana grupka. Zdecydowaliśmy się przejść przez Węgry. Tam zostaliśmy schwytani i internowani. Najpierw byłem w obozie węgierskim. Potem przekazano mnie do oflagu w zachodnich Niemczech, a chociaż umierałem z niepokoju o bliskich, których zostawiłem w Polsce, mnie nie działo się nic specjalnego. Było głodno, ponuro, beznadziejnie. Dało się żyć. Wyzwolili nas Amerykanie. Musiałem wrócić do kraju, do moich bliskich. W Polsce moje życie stało się tropieniem umarłych i rekonstruowaniem ich śmierci. Trwanie stało się pustką. Tak dojmującą, fizyczną wręcz, że chwilami zastanawiałem się czy może je wywoływać wyłącznie utrata najbliższych. Utrata narodu... Gdyby nie Baruch, którego przemianowałem na Benedykta, gdyby nie on, to nie wiem... Bo przecież miałem wielkie szczęście, że udało się mi go znaleźć. I gdyby nie szpital, w którym się zatracałem tak jak w alkoholu. Pozostało mi jeszcze poczucie zagrożenia, gdyż wiedziałem, że komuniści mogą mnie odkryć. Zdawałem już sobie sprawę, że Jakub nie popadł w paranoję, on ją współtworzył. Pewnego dnia, kiedy zorientowałem się, że ręce trzęsą się mi jeśli nie wypiję swojej dawki, zdecydowałem się rzucić alkohol. Po paru próbach udało się. Po kilku latach mogłem nawet wypić kieliszek. Zastanawiałem się, po co żyję. Ale to nie są pytania, na które potrafimy odpowiedzieć. Życie ukrywa przed nami swój sens. Jeśli jest jakiś sens. Tak jak zagłada, zagłada, w której zginęli moi najblizsi i cały naród. Próbowałem zrekonstruować ich śmierć, to co działo się przed... ich kończące się życie... Chciałem choćby moment poczuć ich uciekający oddech... Godzinami, bez końca wyobrażałem sobie ich ostatnią drogę. Drogę Sary... Nie potrafiłem już tego wytrzymać uciekałem w wódkę, w obłędną pracę, w... Uciekałem, żeby sobie nie wyobrażać jak przemieniają się już tylko w strach, ból, stają się drgającym mięsem. A potem, kiedy te obrazy oddalały się ode mnie, powracało poczucie winy. I znowu, na powrót próbowałem odtworzyć ich cierpienia, uczestniczyć w nich... Zazdrościłem im śmierci. Tego, że nie muszą się już męczyć. A potem myślałem, że to była kara... że po to właśnie zostałem oszczędzony, a właściwie nie oszczędzony. Pozostawiony przy życiu. — Czasami myślę, że zajęty umarłymi za mało czasu poświęciłem Baruchowi. Temu też jestem winny. — Rzucił kiedyś gorączkowo, łapiąc Zuzannę za rękę, gdy Benedykt oddalił się na moment. — I płacę za to. Ale... Cały czas zastanawiałem się czy mam prawo żyć! Pytałem się... Nie miałem... prawa do życia i gdyby nie Baruch... Tylko czy my w ogóle mamy prawo żyć po tym co się stało? Żyć jak gdyby nigdy nic? Kochać się, rozmnażać, gromadzić rzeczy... na tym... cmentarzu? — Moje związki z ludźmi były nietrwałe i płytkie. Z kobietami... Kiedy tylko trochę bardziej angażowałem się, czułem winę, winę wobec umarłych. Każdy moment spokoju, każda przyjemność była grzechem. Wszystko co pozytywne, dobre, wygniatałem ze swojego życia jak pasożyty usiłujące się w nim zalęgnąć. Poznałem kogoś... kobietę. Nagle zacząłem czuć, że jest mi bliska, jest szlachetna, piękna i mógłbym z nią spędzić życie... Świadomie zniszczyłem ten związek. Nie mogłem zdradzić Sary, pamięci o niej... Teraz myślę, że byłem zły, krzywdziłem..., ale w sumie miałem rację. Nie wolno zdradzić umarłych... Sary. Kiedy przestałem pić, zrozumiałem, że będę już tylko dożywał swoje życie. Będę musiał wychowywać Barucha, a przez ten czas powinienem pomagać ludziom, skupiać się na pracy w szpitalu. I tak nigdy nie okupię swoich win. Chwilami zadawałem sobie pytanie: czy dobrze robię pomagając ludziom? Czy zasługują na to? Ale natychmiast rozumiałem, że to nie ja mogę odpowiedzieć na to pytanie. Tylko kto miał na nie odpowiedzieć? Zresztą... potrzebowałem tego. Potrzebowałem pracy, szpitala. Również dlatego, że chciałem, żeby było mnie coraz mniej. Żebym rozpłynął się w tym co robię. Żeby zniknęły moje uroszczenia, sądy, opinie. Moje uzurpacje. Żebym nie myślał: ja. Starałem się przestać myśleć, czuć. Dążyłem, żeby stać się tylko reakcją, odpowiadać wyłącznie, odpowiadać... tak jak powinienem?! — Patrzył na Zuzannę intensywnie. Usiłował jej coś powiedzieć, wytłumaczyć niezwykle skomplikowaną kwestię, którą tak trudno przełożyć na słowa. Po chwili zrezygnował. Spuścił oczy. — Wygaszałem swoje życie. Pamięć umarłych powracała sama, drążyła, chociaż nie tak gwałtownie jak wcześniej. Pogrążałem się w nicość. Pustka rosła we mnie, kaleczyła mnie od środka. Zrozumiałem, że nigdy, niczym nie będę mógł jej wypełnić. Uzmysławiałem sobie, że ta próżnia, którą czułem, którą, prawdę mówiąc, odczuwam ciągle, to nie była tylko utrata tych, których kochałem, z którymi byłem związany, nieomal wszystkich... Ta pustka powracała kiedy ból po ich utracie przygasał. Czułem się jakbym pogrążał się w ciemnym leju. On rósł pod bólem za Sarą, Józefem, Jakubem, innymi. On tam był wcześniej... Któregoś dnia, lato było gorące, zaskoczył ich widok Adama Broka, który leżał pod kocem z zamkniętymi oczami i mówił coś szeptem. Zuzanna pomyślała, że teść modli się. On jednak otworzył oczy, jakby usłyszał jej myśli. — Kiedyś opowiedziałem ci o spotkaniu u Józefa we Fryburgu. Jesienią, chyba trzydziestego roku. Byłem tam ze Stellą i Ottonem i rozmawialiśmy z przyjaciółmi brata. Ta rozmowa, słowa tamtego poety... Janza. Już wtedy czułem do nich, do niego niechęć. Przypomniał mi go Otto. Było jeszcze gorzej. Potem była wojna i mogłem myśleć o nim tylko z odrazą. Czy ci, którzy mordowali moich najbliższych deklamowali jego wiersze? Czy jednak zbyt łatwo nie uciszamy niepokojących myśli? Odwracamy się od niewygodnej prawdy bo może prowokować złe konsekwencje? Niektóre rzeczy, które mówił... Coraz mniej jest nas. Im więcej budujemy wokół siebie... projektujemy się w rzeczy, urzeczowiamy. Może tak musi być. To jest jak prawo zachowania energii. Im więcej tworzymy, skupiamy się na tym co na zewnątrz, tym mniej zostaje nas? Stajemy się dodatkiem do budowanego świata. To co dzieje się w komunizmie, to tylko karykatura. Te rzeźby na MDM-ie, przy Pałacu Kultury, ludzie jako dodatki do świdrów i kilofów. Ale to nie tylko komunizm... Jeśli poza nami nie ma nic, a świat jest biologiczną maszyną, to może nawet potrafimy zrobić lepszą... tylko wtedy staniemy się niepotrzebni... Mówił coraz mniej. Coraz dłużej leżał wpatrując się szklistymi oczami w okno. Zuzanna zastanawiała się czy to nie wpływ morfiny, którą szpikowano go coraz intensywniej. Może tylko po to, żeby przerwać milczenie, zapytała go dlaczego został psychiatrą. Odwrócił się i spojrzał na nich bardziej przytomnym wzrokiem. — Wiele razy zastanawiam się nad tym. Chciałem zrozumieć ludzi czy leczyć świat? Jestem dzieckiem szaleństwa. Urodziłem się w krzyku moich zabijanych rodziców. Chcieliśmy leczyć chorobę i pogrążaliśmy się w niej coraz głębiej. Ci we Wiedniu, którzy normy moralne przełożyli na techniki medyczne, przekształcili je w szamańskie zaklęcia. Widziałem jak z obłędu wolności, która staje się chaosem, rodzi się obłęd ładu, który staje się więzieniem. Mój starszy brat organizował szaleństwo, którego jeszcze długo będziemy ofiarami. Kiedy podniesiemy się z niego? Teraz w Polsce i dookoła weszło w fazę łagodną, przyczaiło się, ale świat, w którym żyjemy, przypomina mózg schizofrenika. Schizofreniczna normalność, które może eksplodować znowu, albo doprowadzić do ostatecznego otępienia i uwiądu. Czy przeżyjemy wstrząs, który wyleczy nas z tego obłędu? Czy możemy być jeszcze naprawdę normalni? A może nieświadomie rozumiałem, że historia ludzi to obłęd? Gdyby nie było czegoś pod kolejnymi atakami szaleństwa, pod wojnami i rewolucjami, gdyby nie było czegoś trwałego i powtarzalnego, do czego możemy wrócić kiedy skończy się kolejny spazm... Czy byłem jednym z tych, którzy zrozumieć chcą ducha historii, zeitgeist, strukturę choroby wierząc, że w niej objawia się rozum i my możemy nad nim zapanować... Zostałem ukarany... — Brok milknie zmęczony. Ciężko oddycha i zamyka oczy. To było kilka dni przed jego śmiercią. Mówił coraz bardziej urywanymi fragmentami, coraz krótszymi zdaniami. — Wracają do mnie i chyba czegoś chcą. Zawsze jesteśmy winni wobec umarłych. Stella, mój stryj, Sara, bracia, wszyscy, którym dałem tak mało... Potem, życie w podłości... jak przeżyć w tym smrodzie... — Jak umierali... jak bali się, kiedy czekali na śmierć. Ich ciała... spalone, albo przerobione na mydło, skóry... włosy. Słowa... musimy mówić, a nic powiedzieć nie potrafimy. — Kiedy dusili się w wagonach, zanim nie udusili się w komorach gazowych... kiedy dobijali ich pałkami... czy byli jeszcze ludźmi? Bo jeśli nie ma nic, to byli w swoim bólu jak zwierzęta, w ostatecznym strachu i cierpieniu... Jeśli byli śmiertelni to nie ma ich już... nie zostało nic i nie ma co wspominać... Trudno pogodzić się z ich śmiercią, z własną. Oddalacie się ode mnie. Próbuję... Jeszcze raz sobie przypomnieć... jej twarz... Był... Czy był? Umilkł. Kiedy przyszli następnego dnia na ich przywitanie skrzywił tylko usta. Chyba miał to być uśmiech. Nie mówił nic. Na ich rytualne pytania też usiłował odpowiedzieć niewyraźnym uśmiechem. Jeśli to był uśmiech. Potem odwrócił głowę i patrzył w światło lata za szpitalnym oknem. Siedzieli nieruchomo. Nagle Zuzanna poderwała się i złapała rękę teścia. Była zimna. Bronisław Wildstein |