Teologia Polityczna




Newsletter
Odwiedziło nas

 

Fundacja Świętego Mikołaja

 

Muzeum Powstania Warszawskiego

 

Instytut Stefana Starzyńskiego

 

Centrum Myśli Jana Pawła II

 

Stowarzyszenie Twoja Sprawa

 

Ośrodek Myśli Politycznej

 

Fundacja "Dzieło Nowego Tysiąclecia"

 

Instytut Tertio Millennio

 

Muzeum PRL

 

Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej

 

Nowa Europa

 

Dialogi Polityczne

 

Nowe Kryteria

 

First Things

 

Christianitas

 

Fronda

 

Arcana

 

Międzynarodowy Przegląd Polityczny

 

Pressje

 

Biuletyn IPN

 

Zeszyty Karmelitańskie

 

Ius et Lex

 

Labolatorium Więzi

 

W drodze

 

Nowe Państwo

 

Gość Niedzielny

 

ETHOS

 

 

 

 

Radio Wnet

 

Salon24.pl

 

duchowy.pl

 

Fidelitas

 

Kresy.pl

 

Wydawnictwo WAM

 

Fundacja Odpowiedzialność Obywatelska

 

 

 

 

Instytut Tomistyczny

 

 

 

 

 

 

STOP PORNOGRAFII

 

 

 


  

 

Mecenta TP

 


  


 


 


 


 

 

Pod specjalnym nadzorem Email

 Image Marek A. Cichocki

 

 Europa pod specjalnym nadzorem

Skoro Grecji nie można po prostu wyrzucić za burtę i pozbyć się w ten sposób problemu, trzeba wypracować jakiś mechanizm, który pozwoli funkcjonować Unii w nowych warunkach. Trzeba je tylko precyzyjnie zdefiniować. Pierwsza koordynata jest już jasna: mamy w Unii państwa, które potrafią się rządzić i takie, które tego nie umieją.

 

 

W coraz mniejszym stopniu Unia Europejska przypomina w swoim działaniu wspólnotę. Wewnętrzne różnice między państwami członkowskimi, ujawnione z całą siłą przez finansowy kryzys, rozmywają dzisiaj fundamenty europejskiej jedności. Czy Unia przetrwa ten ostry zakręt, tak jak to bywało już w przeszłości europejskiej integracji, czy podzieli los innych nieudanych związków polityczno-ekonomicznych z historii? W każdym razie rozważanie tej drugiej ewentualności nie jest dzisiaj już tylko political fiction.

 

To, że Unia nie jest jednolita, było wiadomo, od kiedy przestała być bezpiecznym, bliskim związkiem sześciu państw założycielskich. Jednak dopiero rozszerzenie na Wschód w 2004 roku, przyjęcie za jednym razem dziesięciu nowych państw, sprowokowało ożywione dyskusje, czy Unia 27 państw może w ogóle funkcjonować wspólnie, biorąc pod uwagę coraz wyraźniejsze dysproporcje między nimi. Szybko też okazało się, że Traktat lizboński jest tylko pozorną odpowiedzią na ten dylemat. Reforma instytucji nie uchroniła Unii przed nowymi, poważnymi wstrząsami, które przyniósł kryzys finansowy.

 

Poważne problemy zaczęły się w 2007 roku wraz z przyjęciem Rumunii i Bułgarii do Unii. Nie brakowało opinii, że ich członkostwo jest przedwczesne ze względu na sytuację panującą w tych krajach: niską społeczną aktywność, biedę, garb postkomunizmu, wreszcie korupcję. Przeważył jednak interes strategiczny, zgodnie z którym Unia miała rozszerzać się, aby udowodnić swoją wewnętrzną siłę i determinację. Wkrótce okazało się jednak, że szczególnie w przypadku Bułgarii, problem korupcji, dotyczący także najwyższych szczebli władzy, jest tak duży, że zagraża samej istocie członkostwa tego kraju. Komisja Europejska nie potrafiła poradzić sobie z problemem defraudacji środków europejskich w Bułgarii, a w Sofii publicznie zaczęto mówić, że kwestię korupcji będzie można rozwiązać tylko wtedy, jeśli Unia Europejska przejmie pod swój nadzór niektóre segmenty kontroli i sądownictwa bułgarskiego państwa. To właśnie w kontekście tej perspektywy poddania nowego państwa członkowskiego swoistej europejskiej kurateli, „The Economist” postawił tezę, że w Europie pojawił się nowy, niebezpieczny syndrom - wewnątrzeuropejskiego kolonializmu. 

 

Początkowo główny problem wielkiej, poszerzonej Unii można było utożsamiać z podziałem na bogatych i biednych wśród państw członkowskich. Czyż jeszcze w latach 90. nie utożsamiano granicy na Odrze i Nysie z cywilizacyjnym limes Rio Granda oddzielającym USA od Meksyku? Jakkolwiek absurdalne dzisiaj może nam się wydawać to porównanie, to dziesięć lat temu wydawało się niemal oczywiste w dyskursie politycznym Zachodniej Europy. Wyobrażano sobie, że Europa po 2004 roku będzie coraz bardziej przypominać Włochy przedzielone na rozwiniętą, bogatą północ i biedne zacofane południe, z tym że teraz rolę zacofanej prowincji miała przejąć postkomunistyczna Europa Środkowo-Wschodnia. Kryzys finansowy pokazał, że problem jest znacznie bardziej złożony, a prosty podział na biedny Wschód i bogaty, stabilny Zachód daleki od rzeczywistości.

 

Dziś wiadomo, że podział nie przebiega między bogatymi i biednymi, a w każdym razie różnice w ekonomicznym potencjale między państwami nie są wcale kluczowe dla przyszłego kształtu Unii. Problem korupcji w Bułgarii można było jeszcze uznać za spuściznę wschodnioeuropejskiego postkomunizmu, choć w rzeczywistości może mieć nie mniej wspólnego z bałkańską tradycją. Jak jednak zakwalifikować obecne problemy Grecji, Włoch, Hiszpanii czy Portugalii?

 

To, co po cichu szeptano dotąd po korytarzach wielkiego gmachu Komisji Europejskiej w Brukseli, i co było uznawane za absolutnie niepoprawne politycznie, dzisiaj, za sprawą kryzysu w Grecji, stało się powszechnie akceptowaną diagnozą wewnętrznego stanu Unii. To, co zasadniczo dzieli państwa członkowskie i jest przyczyną napięć między nimi, to fakt, iż niektóre z nich potrafią się same rządzić, a inne nie. Otwarte nazwanie tej kwestii niesie ze sobą daleko idące konsekwencje, które mogą zmienić zupełnie dotychczasowy sens integracji europejskiej. Czy oficjalnie i formalnie wszystkie kraje Unii nie są sobie równe? Czy tej zasady nie potwierdzono uroczyście w Traktacie lizbońskim, uznając, że każdy kraj w Radzie posiada jeden głos zgodnie z najbardziej podstawową zasadą demokracji? A teraz, za sprawą kryzysu europejskiej waluty, który ogarnia kraje Południa, musimy przyznać coś zupełnie odwrotnego, że mianowicie kraje Unii są w jakimś najbardziej zasadniczym sensie nierówne, bo jedne potrafią się rządzić, a inne nie. Kryzys Euro w Grecji jest przecież najbardziej oczywistym dowodem złych, nieodpowiedzialnych rządów, które oszukiwały nie tylko własnych obywateli, ale także pozostałe państwa Unii. W imię czystości wewnętrznych reguł można oczywiście taki kraj za karę wyrzucić. Wydaje się, że wraz z rosnącą liczbą informacji o prowadzonej dotąd w Atenach kreatywnej księgowości przez grecki rząd, rosła także skłonność do tego typu radykalizmu w Berlinie czy Paryżu. Niech Grecja poniesie więc konsekwencje swej nieodpowiedzialności i złych rządów, ogłosi bankructwo, opuści strefę Euro, a jeśli trzeba nawet samą Unię. Ostatecznie jednak zarówno Merkel, jak i Sarkozy przelękli się konsekwencji aż tak radykalnego kroku, w czym z pewnością pomogły im francuskie i niemieckie instytucje finansowe, mocno zainteresowane odzyskaniem pieniędzy za greckie papiery wartościowe.

 

Skoro Grecji nie można po prostu wyrzucić za burtę i pozbyć się w ten sposób problemu, trzeba wypracować jakiś mechanizm, który pozwoli funkcjonować Unii w nowych warunkach. Trzeba je tylko precyzyjnie zdefiniować. Pierwsza koordynata jest już jasna: mamy w Unii państwa, które potrafią się rządzić i takie, które tego nie umieją. Tego nie da się dłużej ukrywać nawet w kontekście formalnej równości wszystkich 27 członków Unii. Co więcej okazuje się, że wśród krajów nieposiadających zdolności do samodzielnego rządzenia są kraje należące do samego rdzenia Unii, czyli strefy Euro, takie jak Grecja, Włochy czy Hiszpania. Krajów tych nie można wyrzucić: to bardzo źle wyglądałoby na zewnątrz, wywołałoby spekulacje rynków na temat przyszłości Euro, w końcu uderzyłoby w wierzycieli tych krajów. Krajom, które nie potrafią się rządzić, trzeba więc pomóc. To oczywiście nie może spodobać się obywatelom znad Sekwany czy Renu, gdyż ostatecznie pomoc ta może się wziąć tylko z ich portfeli. Dlatego trzeba dać im gwarancję, że ich pieniądze nie zostaną zmarnowane przez południowych utracjuszy.

 

Francja i Niemcy uzgodniły powołanie specjalnego funduszu pomocowego w ogólnej wysokości 750 mld Euro (z czego 250 mld z MFW). Państwa, które nie potrafią się dobrze rządzić, mogą liczyć na wsparcie funduszu, ale jednak pod określonymi warunkami. Przede wszystkim warunkiem będzie, tak jak to jest już w przypadku Grecji, wprowadzenie koniecznych reform, przy czym to, co faktycznie konieczne, nie będzie już definiowane wyłącznie przez rząd i parlament w Atenach, ale w poważnym stopniu przez tych, którzy są gotowi wspierać tonącą Grecję. Pomoc nigdy nie jest w polityce międzynarodowej formą działalności charytatywnej, ale sposobem budowania mechanizmów wpływu i promowania własnych interesów. Nie tylko charakter reform, ale także postępy w ich wprowadzaniu będą podlegać jakiejś zewnętrznej kontroli, której rząd w Atenach będzie musiał się podporządkować. Z całą pewnością to nie Komisja Europejska odegra w tej kwestii wiodącą rolę, skoro jej dotychczasowa kontrola nad strefą Euro zawiodła tak fatalnie. To państwa, które najwięcej zapłacą za pomoc, będą miały także realnie największy wpływ zarówno na fundusz pomocowy, jak i na proces reform w krajach, które źle się rządzą. Można też sobie wyobrazić, że jeśli faktycznie Unia wprowadzi procedury przeglądu narodowych budżetów, to przede wszystkim budżety państw wymagających pomocy znajdą się pod specjalnym nadzorem, a ich samodzielność w kształtowaniu własnej polityki budżetowej może zostać poważnie ograniczona pod naciskiem groźby utraty zewnętrznej pomocy.

 

Na horyzoncie pojawiają się także inne możliwe restrykcje, jak czasowa utrata prawa głosu w Radzie przez źle rządzone państwo czy zamknięcie drogi do korzystania ze środków strukturalnych (przeciwko temu rozwiązaniu protestuje Polska).

 

Obraz, który być może wyłania się z tych zmian, daleki jest od dotychczasowej wizji wspólnotowej Unii, a przestrogi przed syndromem nowego wewnątrzeuropejskiego kolonializmu  nabierają realnych podstaw. Pomimo formalnej równości Unia coraz wyraźniej dzieli się na państwa słabe, źle rządzone, wymagające pomocy i te, które w imię odpowiedzialności za Europę gotowe są tę pomoc nieść. Podział ten pokrywa się geograficznie z podziałem na Północ i Południe, który historycznie rzecz biorąc był zawsze ważniejszy dla Europy niż ukształtowany przez wydarzenia XX wieku podział na Zachód i Wschód. Pomoc Północy dla Południa nie jest jednak bezinteresowna. W konsekwencji może także przynieść postępującą polityczną degradację krajów południowych, wywołując coraz gwałtowniejsze niezadowolenie ich obywateli. Z kolei Północ, szczególnie Berlin i Paryż, pod pretekstem wzięcia odpowiedzialności za przyszłość pogrążonej w kryzysie Europy, mogą w swej polityce popaść w syndrom postkolonialnego hegemona. Będzie to tym bardziej kusząca perspektywa, iż to przede wszystkim właśnie w rękach francuskich i niemieckich polityków znajdą się potężne instrumenty nacisku: fundusz pomocowy oraz rząd ekonomiczny. Czy będą potrafili ustrzec się tej pokusie w imię poszanowania równego statusu państw członkowskich?

 

Polska w tej nowej sytuacji nie znajduje się wcale na złych pozycjach. Nie należy do krajów, które potrzebują pomocy, chociaż ostatnie dwie fale powodzi mogły sprawić wrażenie, że nie jest też krajem dobrze rządzonym. W podziale na bogatą Północ i pogrążone w kryzysie Południe może nie bez satysfakcji widzieć się w gronie tych państw, które radzą sobie same z konsekwencjami finansowej zapaści Europy. To chroni ją, przynajmniej obiektywnie, od politycznej degradacji wewnątrz Unii i otwiera pewne pole manewru w polityce wobec Berlina i Paryża. Dlatego Warszawa nie musi nerwowo rzucać się w pogoń za strefą Euro, może spokojnie przyglądać się dalszemu rozwojowi wypadków i starać się wyciągnąć z nich jak najwięcej korzyści dla siebie.

 

Nie brakuje w Polsce głosów, że Unia znów nam ucieka, a my powinniśmy ją gonić. Taki sposób myślenia jest mentalnie zrozumiały. Polskie elity nigdy nie czuły się pełnoprawnymi uczestnikami procesu integracji europejskiej. Dlatego zawsze potrzebowały zewnętrznych drogowskazów, aby zdefiniować drogę, jaką powinna pójść polska polityka europejska. Naszą specjalnością stało się doganianie państw starej Unii zamiast samodzielnego definiowania własnych celów oraz kryteriów ich osiągnięcia. Dlatego obecna sytuacja w Unii, niespokojna, dynamiczna, pozbawiona starych pewników, znów wyzwala w Polsce stare lęki. To błąd. Na nową sytuację nie można patrzeć przez pryzmat uciekającej lokomotywy, lecz jako otwierające sie pole nowych możliwości w sytuacji, kiedy sami dysponujemy wcale nie najgorszymi kartami do gry. Polska jest zbyt politycznie „łakomym kąskiem”, aby marginalizować jej wpływy w Unii, dodatkowo nie ma po temu, jak już wspomniałem, żadnych ekonomicznych przesłanek (wręcz przeciwnie). W obecnej, trudnej sytuacji Berlin potrzebuje Polski, jak rzadko kiedy. Warszawa jest bowiem dzisiaj być może jedynym realnym argumentem, który może powstrzymać destrukcyjne zapędy Paryża, który chce za wszelką cenę wykorzystać kryzys do stworzenia nowej, węższej Unii. Berlin tego nie chce, rozumie bowiem, że tylko w szerokiej Unii będzie mógł prowadzić politykę na miarę swoich możliwości oraz ambicji. Bardziej też uniezależni się od nieznośnych szantaży swego zachodniego partnera. Dla Polski ta sytuacja jest szansą do rozegrania, za sojusz z Berlinem można bowiem i należy stawiać sensowne rachunki, takie które dotyczyłyby polityki wschodniej lub przyszłej perspektywy finansowej Unii. Należy mieć tylko nadzieję, że polscy politycy zamiast znów ścigać niewidzialną europejską lokomotywę, w porę zdadzą sobie sprawę z nowej szansy.

 

Marek A. Cichocki

 
Copyright © 2003-2010 Teologia Polityczna