Teologia Polityczna




Newsletter
Odwiedziło nas

 

Fundacja Świętego Mikołaja

 

Muzeum Powstania Warszawskiego

 

Instytut Stefana Starzyńskiego

 

Centrum Myśli Jana Pawła II

 

Stowarzyszenie Twoja Sprawa

 

Ośrodek Myśli Politycznej

 

Fundacja "Dzieło Nowego Tysiąclecia"

 

Instytut Tertio Millennio

 

Muzeum PRL

 

Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej

 

Nowa Europa

 

Dialogi Polityczne

 

Nowe Kryteria

 

First Things

 

Christianitas

 

Fronda

 

Arcana

 

Międzynarodowy Przegląd Polityczny

 

Pressje

 

Biuletyn IPN

 

Zeszyty Karmelitańskie

 

Ius et Lex

 

Labolatorium Więzi

 

W drodze

 

Nowe Państwo

 

Gość Niedzielny

 

ETHOS

 

 

 

 

Radio Wnet

 

Salon24.pl

 

duchowy.pl

 

Fidelitas

 

Kresy.pl

 

Wydawnictwo WAM

 

Fundacja Odpowiedzialność Obywatelska

 

 

 

 

Instytut Tomistyczny

 

 

 

 

 

 

STOP PORNOGRAFII

 

 

 


  

 

Mecenta TP

 


  


 


 


 


 

 

Wy-godniej? Email
13.07.2010.

ImageTomasz Sulewski

 

 

Odejdźmy na chwilę od bieżącego sporu politycznego, spróbujmy oderwać się od własnych emocji i zastanówmy się jakby to było, gdyby Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej zginął w trakcie pełnienia obowiązków, ale w innym czasie, innym miejscu i w innych uwarunkowaniach wewnętrznych.

 

 

 

 

Wyobrażam sobie, że nastrój byłby podobny jak w pierwszych dniach po smoleńskiej katastrofie - tłumy ludzi, kwiaty, znicze. Niektórzy pewnie by się modlili, inni może płakaliby na ulicach. Media wyciszyłyby się i zrezygnowałyby z reklam, a kraj pogrążyłby się w zadumie i smutku, bo zginął ktoś, kto - choćby wyłącznie z racji na godność urzędu - był symbolem nas wszystkich, naszej wspólnoty i podmiotowości. A potem, w godnym miejscu, zbudowano by pomnik upamiętniający najwyższego reprezentanta naszego kraju, bo tak przecież właśnie postępują cywilizowane państwa, których przywódcy zginęli tragicznie.

Z żalem i niepokojem śledzę dyskusję na temat krzyża przy Krakowskim Przedmieściu. Znalazł się tam, bo taką już mamy w Polsce tradycję - stawiamy krzyże na znak czyjejś śmierci w miejscu, gdzie doszło do wypadku. A jeśli z jakichś względów nie ma takiej możliwości (bo np. śmierć wydarzyła się zagranicą) - w miejscu, które choć symbolicznie do danej osoby nawiązuje. Naturalnie więc po smoleńskiej katastrofie krzyż pojawił się właśnie przed Pałacem Prezydenckim - trudno jest wyobrazić sobie miejsce oczywistsze, niż to, w którym wykonywany był Urząd (właśnie tak, wielką literą, żeby szczególnie podkreślić nieadministracyjny wymiar tej funkcji). I równie naturalnie, na fali emocji, stał się dla wielu właśnie takim pomnikiem, upamiętniającym ofiary katastrofy.

Rozumiem racje tych, którzy optują za przeniesieniem krzyża w inne miejsce. Boją się zapewne (i jest to chyba obawa mająca realne podstawy), że może się on stać przedmiotem nie tyle upamiętnienia ofiar, co stricte politycznych demonstracji. Wiemy dobrze z naszej własnej historii, że nawet proste składanie kwiatów może być wielką manifestacją, możemy się również spodziewać, że znalazłyby się osoby, które chodziłyby pod Pałac z wieńcami nie tyle z chęci oddania czci zmarłym, ale by dopiec w ten sposób urzędującemu Prezydentowi. Taką postawę widać już zresztą i obecnie w wypowiedziach niektórych opozycyjnych polityków, próbujących maksymalnie zdyskontować ten temat. Jednak z drugiej strony nie można podejmować tak ważnych decyzji, kierując się jedynie doraźnym interesem partyjnym.

 

Obecność krzyża przy Krakowskim Przedmieściu ma kilka wymiarów i wszystkie je należy uwzględniać, jeśli chce się odpowiedzialnie podejść do tematu. Jego usuwanie może wielu ludziom kojarzyć się z otwartą walką z religią - i nie jest to tylko histeryczna reakcja, ale efekt historycznych doświadczeń. Jest to szczególnie istotne w czasie trwającej w Europie kontrowersji odnośnie obecności krzyża w przestrzeni publicznej, bo może sprawiać wrażenie, że oto polski Prezydent staje w awangardzie postaci walczących z religijnym dziedzictwem. Z kolei tłumaczenie, że zabieg przenosin ma na celu znalezienie godniejszego miejsca brzmi o tyle fałszywie, że wciąż mamy jeszcze w głowach okrzyki demonstrantów spod Wawelu. W o wiele większym stopniu wygląda to na próbę "schowania" pamięci po pisowskim Prezydencie, usunięcie jej w kąt - w głównej mierze dlatego, że był właśnie pisowski. Bo tak jest obecnej władzy wygodniej.

Czy można więc pogodzić wodę z ogniem? Można, pod warunkiem, że będzie się postępowało godnie i z delikatnością wobec odczuć innych, także politycznych przeciwników. Po pierwsze - należy zgodzić się z tym, że powinien jak najszybciej powstać pomnik upamiętniający Prezydenta Kaczyńskiego, a może także pozostałe ofiary katastrofy. Nawet osoby, które zginęły w Lesie Kabackim w 1980 roku mają swoją tablicę - dlaczego w tym wypadku miałoby być inaczej? Po drugie - pomnik ten powinien być godny i reprezentatywny, umieszczony w prestiżowym miejscu stolicy. Żaden tam kamień z tablicą, rzucony gdzieś w Rembertowie albo na rondzie w Piastowie. Każdy odwiedzający Warszawę turysta powinien w łatwy sposób móc ten pomnik obejrzeć - honorować on bowiem będzie tych, którzy reprezentowali Rzeczypospolitą. Nie mamy się chyba kogo wstydzić? I po trzecie - niech najważniejszym elementem jego architektury będzie krzyż. Ze względu na krzyż na Krakowskim Przedmieściu, ze względu polską tradycję stawiania krzyży za zmarłych, ze względu wreszcie na krzyże katyńskie, bo przecież i tych skojarzeń uniknąć się nie da.

Dopiero po tym, gdy powstaną takie plany i gdy się je zrealizuje należy zacząć rozmowy o usuwaniu krzyża z przed prezydenckiej siedziby. Chyba, że nie o zgodę w tym wszystkim idzie.

 
Pozostałe felietony
Copyright © 2003-2010 Teologia Polityczna