|
Tomasz Sulewski
Odejdźmy na chwilę od bieżącego sporu politycznego, spróbujmy oderwać się od własnych emocji i zastanówmy się jakby to było, gdyby Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej zginął w trakcie pełnienia obowiązków, ale w innym czasie, innym miejscu i w innych uwarunkowaniach wewnętrznych.
Wyobrażam sobie, że nastrój byłby podobny jak w pierwszych dniach po smoleńskiej katastrofie - tłumy ludzi, kwiaty, znicze. Niektórzy pewnie by się modlili, inni może płakaliby na ulicach. Media wyciszyłyby się i zrezygnowałyby z reklam, a kraj pogrążyłby się w zadumie i smutku, bo zginął ktoś, kto - choćby wyłącznie z racji na godność urzędu - był symbolem nas wszystkich, naszej wspólnoty i podmiotowości. A potem, w godnym miejscu, zbudowano by pomnik upamiętniający najwyższego reprezentanta naszego kraju, bo tak przecież właśnie postępują cywilizowane państwa, których przywódcy zginęli tragicznie.
Z żalem i niepokojem śledzę dyskusję na temat krzyża przy Krakowskim Przedmieściu. Znalazł się tam, bo taką już mamy w Polsce tradycję - stawiamy krzyże na znak czyjejś śmierci w miejscu, gdzie doszło do wypadku. A jeśli z jakichś względów nie ma takiej możliwości (bo np. śmierć wydarzyła się zagranicą) - w miejscu, które choć symbolicznie do danej osoby nawiązuje. Naturalnie więc po smoleńskiej katastrofie krzyż pojawił się właśnie przed Pałacem Prezydenckim - trudno jest wyobrazić sobie miejsce oczywistsze, niż to, w którym wykonywany był Urząd (właśnie tak, wielką literą, żeby szczególnie podkreślić nieadministracyjny wymiar tej funkcji). I równie naturalnie, na fali emocji, stał się dla wielu właśnie takim pomnikiem, upamiętniającym ofiary katastrofy.
Rozumiem racje tych, którzy optują za przeniesieniem krzyża w inne miejsce. Boją się zapewne (i jest to chyba obawa mająca realne podstawy), że może się on stać przedmiotem nie tyle upamiętnienia ofiar, co stricte politycznych demonstracji. Wiemy dobrze z naszej własnej historii, że nawet proste składanie kwiatów może być wielką manifestacją, możemy się również spodziewać, że znalazłyby się osoby, które chodziłyby pod Pałac z wieńcami nie tyle z chęci oddania czci zmarłym, ale by dopiec w ten sposób urzędującemu Prezydentowi. Taką postawę widać już zresztą i obecnie w wypowiedziach niektórych opozycyjnych polityków, próbujących maksymalnie zdyskontować ten temat. Jednak z drugiej strony nie można podejmować tak ważnych decyzji, kierując się jedynie doraźnym interesem partyjnym. Obecność krzyża przy Krakowskim Przedmieściu ma kilka wymiarów i wszystkie je należy uwzględniać, jeśli chce się odpowiedzialnie podejść do tematu. Jego usuwanie może wielu ludziom kojarzyć się z otwartą walką z religią - i nie jest to tylko histeryczna reakcja, ale efekt historycznych doświadczeń. Jest to szczególnie istotne w czasie trwającej w Europie kontrowersji odnośnie obecności krzyża w przestrzeni publicznej, bo może sprawiać wrażenie, że oto polski Prezydent staje w awangardzie postaci walczących z religijnym dziedzictwem. Z kolei tłumaczenie, że zabieg przenosin ma na celu znalezienie godniejszego miejsca brzmi o tyle fałszywie, że wciąż mamy jeszcze w głowach okrzyki demonstrantów spod Wawelu. W o wiele większym stopniu wygląda to na próbę "schowania" pamięci po pisowskim Prezydencie, usunięcie jej w kąt - w głównej mierze dlatego, że był właśnie pisowski. Bo tak jest obecnej władzy wygodniej.
Czy można więc pogodzić wodę z ogniem? Można, pod warunkiem, że będzie się postępowało godnie i z delikatnością wobec odczuć innych, także politycznych przeciwników. Po pierwsze - należy zgodzić się z tym, że powinien jak najszybciej powstać pomnik upamiętniający Prezydenta Kaczyńskiego, a może także pozostałe ofiary katastrofy. Nawet osoby, które zginęły w Lesie Kabackim w 1980 roku mają swoją tablicę - dlaczego w tym wypadku miałoby być inaczej? Po drugie - pomnik ten powinien być godny i reprezentatywny, umieszczony w prestiżowym miejscu stolicy. Żaden tam kamień z tablicą, rzucony gdzieś w Rembertowie albo na rondzie w Piastowie. Każdy odwiedzający Warszawę turysta powinien w łatwy sposób móc ten pomnik obejrzeć - honorować on bowiem będzie tych, którzy reprezentowali Rzeczypospolitą. Nie mamy się chyba kogo wstydzić? I po trzecie - niech najważniejszym elementem jego architektury będzie krzyż. Ze względu na krzyż na Krakowskim Przedmieściu, ze względu polską tradycję stawiania krzyży za zmarłych, ze względu wreszcie na krzyże katyńskie, bo przecież i tych skojarzeń uniknąć się nie da.
Dopiero po tym, gdy powstaną takie plany i gdy się je zrealizuje należy zacząć rozmowy o usuwaniu krzyża z przed prezydenckiej siedziby. Chyba, że nie o zgodę w tym wszystkim idzie. |