Teologia Polityczna




Newsletter
Odwiedziło nas

 

Fundacja Świętego Mikołaja

 

Muzeum Powstania Warszawskiego

 

Instytut Stefana Starzyńskiego

 

Centrum Myśli Jana Pawła II

 

Stowarzyszenie Twoja Sprawa

 

Ośrodek Myśli Politycznej

 

Fundacja "Dzieło Nowego Tysiąclecia"

 

Instytut Tertio Millennio

 

Muzeum PRL

 

Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej

 

Nowa Europa

 

Dialogi Polityczne

 

Nowe Kryteria

 

First Things

 

Christianitas

 

Fronda

 

Arcana

 

Międzynarodowy Przegląd Polityczny

 

Pressje

 

Biuletyn IPN

 

Zeszyty Karmelitańskie

 

Ius et Lex

 

Labolatorium Więzi

 

W drodze

 

Nowe Państwo

 

Gość Niedzielny

 

ETHOS

 

 

 

 

Radio Wnet

 

Salon24.pl

 

duchowy.pl

 

Fidelitas

 

Kresy.pl

 

Wydawnictwo WAM

 

Fundacja Odpowiedzialność Obywatelska

 

 

 

 

Instytut Tomistyczny

 

 

 

 

 

 

STOP PORNOGRAFII

 

 

 


  

 

Mecenta TP

 


  


 


 


 


 

 

Łukasz Warzecha, Saskie czasy AD 2010 Email
ImageNie wszyscy obywatele muszą się znać na azjatyckim (zwłaszcza chińskim) rozbudzeniu gospodarczym czy geopolityce. Problem w tym, że na te tematy uszczelniła się także całkowicie grupa ludzi, którzy odpowiadają za sterowanie państwową nawą, lub też mogą za nią odpowiadać w przyszłości - pisze dla Teologii Politycznej Łukasz Warzecha


Stereotyp o czasach saskich w polskiej historii jest zapewne w detalach krzywdzący (był to choćby czas wielkiego rozkwitu sztuki, napędzanej przez zjednoczenie kultury saskiej i polskiej), ale przecież generalnie prawdziwy: sprzedajność urzędników i osób wpływowych, z których niemal każda działała w interesie jakiejś obcej siły nie dlatego, że uznawała, iż tak należy, ale głównie z powodu własnego interesu; zatracenie pojęcia interesu państwa; skupienie się obywateli na własnym dobrobycie mimo zbliżającej się nieuchronnie katastrofy i coraz wyraźniejszej słabości polskiego państwa; przeciągająca się fizyczna obecność obcych sił na polskim terytorium; przejście od bycia podmiotem polityki międzynarodowej do bycia jedynie jej przedmiotem; rozpad struktur państwa i jego mechanizmów. Wszystkie te zjawiska coraz częściej przychodzą do głowy, gdy obserwuje się polską politykę AD 2010.

Dziś w polskiej polityce widać kilka negatywnych tendencji, źle rokujących na przyszłość. Oto wybrane spośród nich.
 
Sprawa pierwsza – całkowita marginalizacja w debacie publicznej tematów faktycznie istotnych. Przy czym nie chodzi tu nawet o debatę publiczną w szerokim sensie. Nie wszyscy obywatele muszą się znać na azjatyckim (zwłaszcza chińskim) rozbudzeniu gospodarczym czy geopolityce. Problem w tym, że na te tematy uszczelniła się także całkowicie grupa ludzi, którzy odpowiadają za sterowanie państwową nawą lub też mogą za nie odpowiadać w przyszłości.

Rzeczpospolita Polska nie ma dziś właściwie polityki zagranicznej. Pytany o jakiekolwiek wizje i plany minister Radosław Sikorski sprowadza wszystko do stwierdzenia, że jest wspaniale, w Unii Europejskiej jesteśmy kochani i doceniani, a poza Unią mało możemy i dlatego płyniemy sobie, dokąd nas główny nurt niesie. To już nawet nie polityka minimalizmu – jak to swego czasu określił Marek Cichocki – a jedynie administrowanie aparatem dyplomatycznym. Polsce nie jest już właściwie potrzebny minister spraw zagranicznych. Wystarczyłby dyrektor generalny MSZ.

Premier Tusk, wbrew tworzonemu wokół niego mitowi, na polityce zagranicznej się nie zna i się nią nie interesuje. Jego ranga wśród europejskich przywódców sytuuje go dzisiaj gdzieś na poziomie premiera Finlandii czy Chorwacji, znacznie poniżej naszego potencjału. Bronisław Komorowski, prezydent elekt, jest w tej dziedzinie jeszcze mniej kompetentny i trudno sobie wyobrazić, aby w najbliższym czasie jego aktywność w polityce zagranicznej oznaczała coś więcej niż tylko okolicznościowe wizyty.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński rozumie z polityki zagranicznej znacznie więcej niż jego oponenci z Platformy. Problem w tym, że zaangażowany w nowy, emocjonalny polityczny spór wewnętrzny oraz odcięty od kanałów realnej władzy, nie ma czasu ani możliwości skupić się na sprawach strategicznych. W jego otoczeniu – i to bynajmniej nie najbliższym – jest obecnie właściwie tylko jedna osoba, naprawdę ogarniająca większą część zagadnień z polityką zagraniczną związanych: europoseł Paweł Kowal. To o wiele za mało.

Polska nie uczestniczy zatem na poważnie ani w debacie o rozwiązaniu ciągnącego się nadal globalnego kryzysu, ani nie przygląda się uważnie Azji Wschodniej (Chiny, o czym mało kto zapewne wie, odwiedził niedawno Adam Michnik), ani też nie próbuje się ustosunkować do zmieniającej się sytuacji geostrategicznej w trójkącie USA-Azja-Europa. Nas po prostu nie ma. Dla państwa oznacza to nieuchronne obsuwanie się na pozycję pionka na szachownicy, podczas gdy Polska ma potencjał jednego z regionalnych rozgrywających. I to wszystko nie dzieje się przecież w próżni, ale w czasie, gdy Angela Merkel z olbrzymią delegacją, złożoną nie tylko z urzędników, ale i przemysłowców, jedzie w podróż na Wschód, która zaprowadzi ją do Moskwy i Pekinu.

Inny przykład to kwestia budżetu, projektowanego w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji finansowej. Ministerstwo Finansów przedstawiło dopiero co projekt jego założeń Radzie Ministrów, ale sprawa przeszła niemal bez echa, mimo że – zdaniem prof. Stanisława Gomułki, byłego wiceministra finansów – założenia robią wrażenie raczej manifestu politycznego niż realistycznej oceny. Jednak ostatnie enuncjacje ze strony koalicji i opozycji, dotyczące polskiej gospodarki, mieliśmy podczas prezydenckich debat.

Sprawa druga – całkowite podporządkowanie kwestii smoleńskiej katastrofy walce politycznej. Katastrofa smoleńska jest wprawdzie pojedynczym wydarzeniem, ale tak niezwykłym i ważnym, że można ją postrzegać jako probierz stanu państwa. Zarówno w kwestii przebiegu samej katastrofy, jej przyczyn, jak i sposobu prowadzenia śledztwa – w tym kontekstu międzynarodowego – istnieje mnóstwo bardzo konkretnych wątpliwości, pytań, niespójności. Jest dość oczywiste, że smoleńskie śledztwo – w szerokim tego słowa znaczeniu, nie tylko śledztwa, prowadzonego przez prokuraturę – jest na rękę jednej z sił politycznych, drugiej zaś – nie. Zatem, siłą rzeczy, sprawa ta jest w jakimś stopniu ze swej natury upolityczniona.

Nie zmienia to jednak faktu, że jej znaczenie sięga daleko poza bieżący konflikt Platformy Obywatelskiej z Prawem i Sprawiedliwością, a także poza osobiste emocje niektórych polityków. Pisałem już w wielu swoich tekstach: to my, obywatele, mamy prawo do prawdy, obojętnie, na kogo głosowaliśmy.

Można by oczekiwać, że ta strona politycznego sporu, która ma interes w wyjaśnieniu sprawy, skupi się na stawianiu rzeczowych pytań i wytykaniu błędów. Zamiast tego dostaliśmy jednak w ostatnich dniach przegląd czysto emocjonalnych postaw, których symbolem jest zdanie o „ruskiej trumnie”, wypowiedziane przez Joachima Brudzińskiego – polityka podczas kampanii wyborczej nie bez powodu i słusznie przesuniętego na dalszy plan. Słynna już konferencja Jarosława Kaczyńskiego, która dla jego przeciwników stała się kolejnym pretekstem do ataków, nie epatowała drastycznymi szczegółami, jak jego wywiad w „Gazecie Polskiej”, ale też odwoływała się głównie do ogólników i emocji, choć tuż pod ręką istnieją już całe tomy konkretów, do których można i trzeba się odwoływać. Taki dyskurs skutecznie spycha na plan dalszy wszelkie merytoryczne kwestie i każe się obawiać, że kwestia Smoleńska ostatecznie polegnie. Nie można przecież liczyć, że w należyty sposób drążyć ją będą politycznie ukierunkowane media.

Sprawa trzecia – wkrótce nastąpi zasklepienie bardzo niekorzystnego układu politycznego. Jak napisałem jakiś czas temu w tekście, opublikowanym na portalu wpolityce.pl, niedługo zostaną zamknięte wszystkie masowe kanały informacji, za pośrednictwem których PiS mógł docierać do wyborców, czego skutkiem będzie wywołanie u osób przychylnych tej partii, ale nie należących do jej najtwardszego elektoratu, poczucia osamotnienia i zniechęcenia. Jednocześnie PiS wydaje się rezygnować z konsekwentnego tworzenia wizerunku partii bardziej centrowej, zmierzając ku ostrej konfrontacji z Platformą Obywatelską. Zatem w chwili, gdy Polska potrzebuje gruntownej przebudowy – szczególnie w związku z coraz wyraźniejszą niewydolnością mechanizmu finansowo-gospodarczego – przed nami rysuje się czas smuty. Po jednej stronie będziemy mieli partię rządzącą, panującą niepodzielnie nad sferą medialną i właściwie wszystkimi urzędami w państwie, a ze względu na nadchodzące konfrontacje wy-borcze obawiającą się podejmować jakichkolwiek trudniejszych decyzji; po drugiej – partię opozycyjną, zmierzającą ku uzyskaniu w wyborach parlamentarnych maksymalnie 25 procent głosów, co i tak byłoby w tych warunkach doskonałym wynikiem. Nie trzeba dodawać, że nie są to okoliczności, sprzyjające dyskusji o stanie państwa.

W opublikowanym niedawno w „Plusie-Minusie” (9 lipca) znakomitym tekście Rafał Ziemkiewicz stwierdzał, że sytuacją Polski jest tak zła, iż powinno to uświadomić liderom obu ugrupowań, że dla ratowania całości systemu niezbędna jest ich współpraca. Wątpliwe jednak, czy ów tekst przeczytali Donald Tusk i Jarosław Kaczyński, a jeżeli nawet tak – czy wyciągnęli z niego należyte wnioski.
 
Łukasz Warzecha jest komentatorem "Faktu"
Foto: Damian Burzykowski ("Fakt") 
 
 
 
Copyright © 2003-2010 Teologia Polityczna