| Teologia Polityczna |
|---|
| Newsletter |
|---|
|
|
| Odwiedziło nas |
|---|
|
|
|
|
| Północ i Południe. Dwie Europy - rozmowa z Markiem A. Cichockim w Gazecie Wyborczej |
|
Istotne decyzje dotyczące przyszłości UE są "wypłukiwane" nie tylko z Komisji Europejskiej. Zapadają na nieformalnych spotkaniach - mówi w wywiadzie dla Gazety Wyborczej Marek Cichocki
Jacek Pawlicki: Unia Europejska zmienia się, znów nam zaczyna uciekać choćby za sprawą ściślejszej integracji strefy euro. Hasło Europa dwóch prędkości wraca. Polska boi się wykluczenia ze ścisłego grona, co wywołuje nerwowość rządu. Jak pan widzi te zmiany? Marek Cichocki: Byłbym ostrożny w ocenach. Rzeczywiście w UE dzieje się ostatnio dużo, co jest paradoksem, bo wszyscy myśleli, że jak zacznie obowiązywać traktat lizboński, to będzie święty spokój, bo będzie można oprzeć się na nowych instytucjach i mechanizmach. Kryzys ekonomiczny sprawił, że jest inaczej. Kryzys zaczął się jeszcze przed wejściem w życie nowego traktatu... - Ale nikt się jednak nie spodziewał, że ten kryzys podmyje fundamenty wspólnej waluty, która była uznawana za główny filar integracji przez stare państwa członkowskie. Nie umiałbym powiedzieć już teraz, w jakim kierunku zmierza Unia. Jest za wcześnie, żeby prorokować, jakie mogą być tego ostateczne skutki. Polska powinna przyglądać się temu, co się dzieje i reagować. Nie trzeba jednak popadać w nadmierną nerwowość. Nie obawia się pan Europy dwóch prędkości, w której większe i bogatsze państwa będą integrowały się gospodarczo za naszymi plecami? - Na razie Niemcy pełnią funkcję hamulcowego w stosunku do różnego rodzaju innowacji zgłaszanych przez Francję. Wygląda na to, że koordynacja gospodarcza i budżetowa będzie się odbywała w gronie wszystkich państw UE. Od początku prezydentury Nicolasa Sarkozy'ego francuska polityka koncentruje się na poszukiwaniu sposobu odróżnienia się od innych państw członkowskich. Niemcy zaś cały czas starają się utrzymać Unię jako całość. I to pomimo wewnętrznych oporów i sprzeciwu obywateli, którzy z własnej kieszeni płacą za to, by UE była całością. Ale Niemcy też się zmieniają i robią bardziej egoistyczne. Weźmy chociaż początkowy sprzeciw Angeli Merkel wobec pomocy dla Grecji, a potem przeforsowanie niemieckich warunków tej pomocy. - Przypomnę, że na przełomie 2007 i 2008 r. Sarkozy wyszedł z radykalną propozycją, by wyłączyć Unię Śródziemnomorską z UE, a kanclerz Merkel zmusiła Francuzów do przytemperowania tego projektu. Podobnie dzieje się teraz z francuskim pomysłem - bliżej niesprecyzowanym - na rząd ekonomiczny strefy euro i fundusz dla krajów w kłopotach finansowych. Sarkozy próbował wydzielić te mechanizmy ze struktur europejskich, na co Niemcy się nie zgodzili. Francuzi więc chcieliby pewne kwestie wyjąć z UE, uwolnić się od balastu, jakim są dla nich niektóre państwa członkowskie, żeby nie układać się ze wszystkimi 26 pozostałymi członkami Unii. Niemcy zaś, mimo że się zmieniają, pozostają wierni zasadzie, iż podstawą jest Unia wszystkich państw członkowskich. Czyli w tym wypadku sojusznikiem Polski są Niemcy? - Na pewno stanowisko Merkel jest znacznie bliższe stanowisku Polski. Gdybyśmy przyjęli scenariusz Sarkozy'ego, Polska - jako kraj niebędący w strefie euro - pozostałaby poza nowymi mechanizmami. Założenie, że koordynacja gospodarcza będzie odbywać się w gronie 27 państw, oznacza, że żadne z nich nie będzie zepchnięte na margines. Oczywiście, poza formalnym sposobem podejmowania decyzji w UE jest jeszcze strefa nieformalna - kiedy Merkel spotyka się na kolacji z Sarkozym i ustalają ważne rzeczy, które stają się potem miarodajne dla wszystkich. Polska zawsze opowiadała się za silną Komisją Europejską, bo to było w naszym interesie. Czy teraz nie powinniśmy zmienić kursu, bo Komisja jest słaba, a kluczowe decyzje zapadają poza nią? - Musimy postawić sobie pytanie, jaki wpływ na to, co się dzieje w Unii ma taki średni kraj jak Polska? Czy jesteśmy w stanie zmienić procesy, o których pan mówi? Rzeczywiście, mamy do czynienia z wyraźnym osłabieniem instytucji wspólnotowych, takich jak Komisja Europejska. Ale może chodzi o wadę konstrukcyjną wszystkich instytucji europejskich? Z jednej strony dzięki udziałowi Parlamentu Europejskiego w wyborze składu Komisji jest ona o wiele bardziej upolityczniona i o wiele bardziej poddana presji państw członkowskich. Z drugiej zaś strony bywa karana za to, że jest zbyt słabym strażnikiem interesów wspólnotowych. Myślę, że mimo wszystko Unia Europejska nie zmierza w kierunku tego, co się nazywa twardym jądrem czy też Unią w Unii. To nie jest realne zagrożenie. Zmierzamy do czegoś w rodzaju Unii a la carte [w której państwa wybierają swoje strefy zainteresowań]. Najsilniejsi aktorzy kształtują swe państwowe czy też międzypaństwowe centra wpływów w ramach UE i budują swe strefy aktywności. To widać w polityce zagranicznej, gdzie mamy do czynienia z podziałem ról między Francję i Niemcy. Dziś największym problemem Unii jest jej wewnętrzna i zewnętrzna regionalizacja, powstawanie centrów i stref aktywności. W dodatku pewne istotne decyzje dotyczące przyszłości UE są "wypłukiwane" nie tylko z Komisji Europejskiej, ale też z reprezentującej stolice Rady UE. Zapadają na nieformalnych spotkaniach. W UE zawsze tak było. W 2002 r. kanclerz Niemiec Gerhard Schröder ustalił w cztery oczy z prezydentem Francji Jacques'em Chirakiem, jak ma wyglądać budżet na rolnictwo, co ustawiło całe polskie negocjacje rozszerzeniowe. - To prawda, ale wówczas Komisja była silniejsza, a przywódcy robili to bardziej finezyjnie. Teraz dzieje się to w sposób ostentacyjny, Niemcy z Francją robią to z pewną arogancją wobec Komisji Europejskiej. Ponieważ propozycji Merkel i Sarkozy'ego nie można zignorować, to są one przyjmowane z całym dobrodziejstwem inwentarza. Czy taka prywatyzacja, czy też nacjonalizacja Unii, w której niemiecko-francuski tandem działa ponad wszystkimi, jest groźna dla UE i Polski? - Tak długo jak niemieckie elity będą w stanie przekonać swoich obywateli, że trzeba przyjmować przywództwo Niemiec w UE, nawet jeśli oznacza to złożenie jej daniny pieniężnej, nie ma takiej groźby. Dziś tylko Niemcy są z różnych powodów zainteresowani utrzymaniem UE jako całości. Choćby dlatego, że tylko w takiej Unii są w stanie sprawować przywódczą rolę i mieć z tego wymierne korzyści. Musimy rozważyć, w jakim stopniu powinniśmy wspierać naszych niemieckich partnerów. Francusko-niemiecki tandem znów stał się decydujący dla przyszłości UE. Wcale nie dlatego, że przywódcy Niemiec i Francji zgodnie wyznaczają trendy przyszłości, ale dlatego, że przyszłość Unii zapętliła się w sprzecznych interesach Niemiec i Francji. Jak Francja widzi Europę? - Francja uznała, że Niemcy trzeba bardziej przyciągnąć do siebie z racji ich rosnącego potencjału. A takie przyciągnięcie jest możliwe tylko wówczas, kiedy w UE wytworzy się "wewnętrzny krąg", w którym oba kraje znów będą mogły odgrywać decydującą rolę. Stąd pomysł Sarkozy'ego, by współpracę ekonomiczną utożsamić ze strefą euro, w której oba kraje odgrywają decydującą rolę. I pozostawić poza tym kręgiem takie kraje jak Wielka Brytania, Szwecja czy Polska. Francja w takim kręgu zyskuje na politycznym potencjale. A w całej Unii jej potencjał się niejako rozpuszcza ... - Francuzi chcieliby sprowadzić mechanizm podejmowania decyzji do mniejszego kręgu, gdyż to daje im tam status wiodący. Jak powinniśmy na to zareagować? - Trzeba wyważyć z jednej strony przeciwstawianie się niekorzystnym dla nas tendencjom, jak osłabianie Komisji Europejskiej, z drugiej zaś dostosowywać się do nowych warunków i procesów w Unii. Nie uciekniemy np. od faktu, że Rosja stała się dziś polem konkurencji dwóch najsilniejszych krajów w UE - Francji i Niemiec. Aspirując do współtworzenia polityki wschodniej UE, musimy to brać pod uwagę. Czyli w UE powinniśmy grać na dwie nóżki - Komisję oraz Niemcy i Francję? - Nie trzeba koniecznie opowiadać się już teraz za którąś ze stron i albo walczyć o Komisję, albo jak wagonik przyłączyć się do najsilniejszych europejskich lokomotyw. Nie jestem pewien, czy polityczne prężenie muskułów w Berlinie i Paryżu skończy się dobrze dla Unii. Nie mamy pewności, że Merkel z Sarkozym wyprowadzą Europę z kryzysu ekonomicznego. Czy nie obawia się pan, że pozostając z boku tego, co się dzieje, przegapimy ważne procesy? - Polska jest w komfortowej sytuacji, bo dobrze sobie radzi z kryzysem. Ivan Krastev (politolog, znawca Bałkanów, szef sofijskiego Centrum Strategii Liberalnych) słusznie zauważył w wywiadzie dla "Gazety", że Polsce nie grozi obniżenie statusu politycznego, bo nasza gospodarka ma się dobrze i nie musimy prosić o pomoc finansową. Wystarczy jednak, że nowy rząd Węgier zaczyna opowiadać o swych kłopotach budżetowych, a inwestorzy wrzucają nas do jednego worka z całą Europą Środkową i złoty traci na wartości... - Tak działa rynek. Na to nie mamy wpływu. W Unii mamy obecnie poważniejszy problem z degradacją statusu niektórych państw członkowskich przy formalnej równości wszystkich członków. To jest niebezpieczne i groźne. Patrząc na historię, można powiedzieć nawet, że to mieszanka wybuchowa. Ale to nie jest problem Polski, tylko Grecji, a wkrótce najprawdopodobniej Portugalii, Hiszpanii, Bułgarii czy Węgier. Tam formalny status równości w UE zderza się z koniecznością podporządkowania się standardom narzucanym przez inne państwa, co może wywoływać niepokoje społeczne i polityczne, chociażby takie, jak mogliśmy obserwować niedawno w Grecji. Szef europejskiej centrali związków zawodowych John Monks ostrzega, że kryzys i będące odpowiedzią na niego cięcia budżetowe wprowadzane w wielu krajach UE mogą doprowadzić Europę do sytuacji z lat 30. XX wieku. Po kryzysie kształtowały się totalitaryzmy. - Projekt UE znalazł się w trudnym momencie. Następuje wewnętrzne przewartościowanie statusu poszczególnych państw członkowskich. Może niepokoić np. to, że kwestia nienaruszalności granic staje się dziś tematem żartów, co było absolutnie nie do pomyślenia 20 lat temu. Weźmy np. dowcipy w niemieckim parlamencie, gdzie posłowie chadecji pół żartem, pół serio sugerowali, że za pomoc finansową Grecja mogłaby oddać część swoich wysp! Krastev mówi wprost, że w UE są kraje, które potrafią się rządzić, i takie, które tego nie potrafią. Trzeba uważać, aby nie naruszyć wewnętrznej równowagi w Unii. Żeby nie narodziła się nowa forma wewnętrznego europejskiego kolonializmu. Dziś okazuje się, że starszy, głębszy i poważniejszy podział Europy na Północ i Południe relatywizuje płytszy i doraźny jej podział na Wschód i Zachód, który wynikał z historii XX-wiecznej Europy. Podział Północ - Południe ma o wiele większe znaczenie. I jeżeli się odtwarza, to Polska jest w lepszej sytuacji... Jako kraj Północy? - Tak. Także dlatego, że staje się mniej peryferyjna. Życzyłbym sobie, żebyśmy wykorzystywali w UE tę dobrą koniunkturę. Czy podział na Północ i Południe znosi doskwierający nam od momentu wejścia do UE podział na starą i nową Unię? Czy nie ma już starej i nowej Europy, tylko Europa dobrze i źle rządzona? - Te dwa podziały wciąż się na siebie nakładają. Czasami kierujemy się tym starym Wschód - Zachód, kiedy inwestorzy, reagując według starego szablonu, wrzucają nas do jednego worka z Węgrami. Czasem - tym odświeżonym Północ - Południe, który - jak pokazuje obecna sytuacja - jest bardziej miarodajny. Czy polskie elity polityczne mają świadomość tych zmian? Czy będą umiały się odnaleźć w nowej sytuacji? - Mam nadzieję, że tak. Na pewno mają niezwykle sprzyjające warunki do prowadzenia polityki w UE. Marek Cichocki - filozof, historyk idei, publicysta konserwatywny, od 2000 r. był dyrektorem programowym Centrum Stosunków Międzynarodowych, od 2004 r. jest dyrektorem programowym w Centrum Europejskim "Natolin". Od 2003 jest wydawcą i redaktorem naczelnym rocznika "Teologia Polityczna". Opublikował wiele książek, m.in. "Polska - Unia Europejska, w pół drogi" (2002), "Porwanie Europy" (2004) oraz "Władza i pamięć" (2006). W 2007 roku był doradcą ds. polityki zagranicznej prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Źródło: Gazeta Wyborcza |