| Teologia Polityczna |
|---|
| Newsletter |
|---|
|
|
| Odwiedziło nas |
|---|
|
|
|
|
| Mateusz Matyszkowicz, Etyka zdrady publicznej (Nowe Państwo 6/2010) |
|
Nie wydaje się, by brakowało nam słowa „zdrada”. Przeciwnie, używa sie go wyjątkowo często. Ale jakoś tak cicho i prywatnie. I prawie nigdy w kontekście życia publicznego.
Pierwszy użytek tego pojęcia jest, oczywiście, melodramatyczny, ponieważ życie intymne jest przedmiotem publicznych dywagacji i uznaje się miłosne perypetie za temat na tyle ciekawy, by poświęcać im filmy oraz książki. Mieszczańskie ploty z XIX w. i wcześniejsze podniety sług na pańskich zamkach – to wszystko jest niczym w porównaniu z dzisiejszą estymą, jaką cieszy się kwestia zdrady. Czytamy więc na stronie agencji detektywistycznej: „Podejrzewasz że twój partner cię zdradza? Chcesz mieć dowody jego niewierności? Nie trwaj w niepewności!” Zdradę należy bowiem udowodnić. To nie wszystko. Mówi się także czasem o zdradzie ideałów, o sprzeniewierzeniu się wartościom i porzuceniu dawnych zapatrywań. Mówi się, ale już bez zdziwienia. To nie te czasy, gdy zdrada ideałów byłaby dziwna. Dziwne są raczej same ideały. Dziwne, że człowiek może w ogóle może wierzyć w cokolwiek, a potem się z tego jeszcze tłumaczyć. W naszych pokojowych i demokratycznych czasach jeszcze rzadziej mówi się o trzecim użytku tego słowa. Tego, który nazywamy zdradą stanu, kraju, ojczyzny etc. Rzecz wcześniej karana ścięciem, powieszeniem lub przynajmniej oślepieniem, odcięciem języka i wygnaniem. Teraz także obecna w naszym kodeksie karnym (art. 127 i 128) – w formie dość suchej, ale wydaje się, że celnej: „Kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności”. W świetle zapisów kodeksu karalne jest też czynienie przygotowań do takiego czynu. Kolejny artykuł penalizuje zaś dążenie do usunięcia przemocą konstytucyjnego organu RP. A więc, kto zdradzi, ten musi spodziewać się kary. Zapisy wydają się dość precyzyjne, ale możliwe do zastosowania w skrajnych warunkach. Co trzeba byłoby zrobić, aby zostać uznanym za zdrajcę? Naprawdę wiele. Takie podejście nie jest, oczywiście, złe. Rozszerzenie prawnego pojęcia zdrady, mogłoby doprowadzić do jeszcze większego zawężenia pola dyskursu. Stałoby się wygodną pałką zapełniającą więzienia niewygodnymi politykami. To stopniowe zanikanie odpowiedzialności prawnej za zdradę powoduje także wyrugowanie tego pojęcia z publicznych dyskusji. A zatem zdrada, owszem, jest często na naszych ustach. Ale najczęściej w kontekście prywatnym. Albo raczej prywatnym upublicznionym. Niedostatek ocen moralnych w polityce został wyrównany poprzez upublicznienie prywatnych grzechów i powszechne nad nimi sądami. Gdzie te czasy, kiedy o Targowicy mówiło się głośno i wszędzie? Gdzie czasy śmiałych oskarżeń i trudnych pytań? Pewnie już nie wrócą. Ale to nie oznacza, ze o samym pojęciu zdrady należy zapomnieć i wymazać je z politycznego słownika. Niech zdrada w polityce oznacza coś więcej niż tylko opuszczenie partyjnych szeregów. Zdrada codzienna Możemy jednak zapytać, czy słuszne ograniczenie prawnej odpowiedzialności za zdradę musi za sobą pociągać także usunięcie tego zagadnienia z bieżących ocen polityki i polityków. Czy zdrada musi być zawsze wielka, czy tez mamy takie nasze zdrady codzienne. Małe, nieznaczące, ale dokładające kolejne elementy do większego procesu. Takie nasze codzienne zdrady, które wprawdzie nie wykluczają ze wspólnoty politycznej. Nie chodzi więc o to, by codzienne stawiać szubienice i wieszać na niej zdrajców. Nie, zostawmy to na chwile wyjątkowe – niech wtedy zadyndają ci, co na to zasłużyli. Zamiast codziennego wieszania, niech będzie dyskusja. O tym, co jest zdradą i co do niej prowadzi. Kto się jej dopuszcza i jakimi czynami. To byłaby dyskusja pożądana i pożyteczna. Być może nieraz, jak to się mówi, na noże. Ale póki co, w publicznej dyskusji „na noże” idzie często. Problem jednak w tym, że powodem tych wszystkich kalumnii są sprawy zbyt błahe. Pojedyncze wypowiedzi, niewłaściwe gesty i krzywe uśmiechy. A nie zdrada, choćby taka mała, codzienna, powiedzmy, zdradka. O zdradzie. Czy jest? Gdyby ten tekst pisał średniowieczny scholastyk, zacząłby od pytania o samo istnienie zdrady. Dałby pewnie tej kwestii tytuł: o zdradzie – czy jest? I zacząłby od argumentów za tym, że jej nie ma. Jeśli bowiem chcemy o czymś mówić, zacznijmy od rozprawienia się ze stanowiskiem przeciwnym. W tym wypadku ma to dodatkową wartość. Zobaczmy, jakie sa konsekwencje usunięcia pojęcia zdrady z dyskursu publicznego, aby dostrzec jej wartość. Niech zniknie, aby pojawiła się na nowo. Wysunąłby zatem argument, że zdrady dziś nie ma, bo i nie ma czegoś zdradzać. Zdrada może pojawić się tylko wtedy, gdy posiada ona swój przedmiot. Kawaler przecież nie może zdradzić swojej żony. A obywatel? Co ma zdradzić? Państwo? Niektórzy powiadają przecież, ze państwo i tak jest w zaniku, pojęcie niepodległości – nieaktualne, dobra wspólnego – niemożliwe do wyartykułowania. Skoro tych rzeczy nie ma, to i nie ma co zdradzać. A może naród? Ale narodów też nie ma. A jeśli już są, to nie stanowią homogenicznych wspólnot. Każdy w jego ramach może być tym, kim chce. Cóż zatem miałby zdradzać? Tak na co dzień i zwyczajnie. O zdradzie. Że jest Gdybyśmy jednak na poważnie przyjęli te argumenty przeciwko zdradzie małej, musielibyśmy odrzucić także zdradę dużą, bo dekonstrukcja państwa, narodu i ojczyzny, która nastąpiłaby w wyniku przyjęcia tych argumentów, prowadzi do takiego rozmycia podstawowych pojęć, że tracą one jakiekolwiek ostre znaczenie. Stają się odległą galaktyką, albo i nawet czymś bliskim, ale rozmytym i nieuchwytnym jak mgła. Za coś takiego nie warto już umierać. A skoro nie warto umierać, to i nie można zdradzać. A jednak istnieje coś takiego wielka zdrada. Istnieje i jest empirycznie uchwytna. Kiedy juz bowiem przychodzi czas ostatecznej próby, kiedy państwo zostaje podbite i ujarzmione, okazuje się, że nagle te stare pojęcia odzyskują swoje znaczenie. Znów warto ginąć, umierać, poświęcać. I znów mówi się o zdradzie, potępia kolaborację i jakikolwiek współudział w utracie niepodległości. I gotów jestem pójść o zakład, że jeśli coś takiego się stanie, to większość dzisiejszych apostatów sprawy państwowej zmieni swój pogląd, dostrzeże państwo, które zniknęło i zostało zdradzone, a potem dołoży swoje gwoździe do szubienicy. Że tacy apostaci będą ginąć w powstaniu i wykonywać wyroki. Z tym większym zapałem, im gwałtowniejsze będzie nawrócenie. Moment utraty państwa jest bowiem czymś metafizycznym. To wtedy wielu uświadamia sobie, że coś, czego istnienia nie uznawali, jednak istniało. Psychologiczne zjawisko, jakim jest poczucie utraty, wywołuje sąd egzystencjalny, któremu w dodatku towarzyszy poczucie winy. To samo zjawisko, choć w znacznie mniejszym natężeniu, pojawia się wtedy, gdy wprawdzie państwo nie znika, ale doznaje poważnego uszczerbku, jak chociażby 10 kwietnia 2010 r. Śmierć Głowy Państwa jest jednym z takich metafizycznych momentów, to znaczy, że jest sytuacją, w której stawia się pytania ontologiczne – pytania dotyczące samego istnienia państwa. Potem zaś jego formy i działania. W odniesieniu do życia jednostkowego i perspektywy jego śmierci mówi się za Jaspersem o sytuacjach granicznych. Śmierć przewartościowuje wszystko – zmusza do zadawania pytań najważniejszych. Dla państwa sytuacją graniczną jest utrata niepodległości. Myślenie o tej sytuacji jest ożywcze. I wcale nie chodzi tu o wywoływanie poczucia zagrożenia, o straszenie, nękanie i histeryzowanie. Nie, tu chodzi o możliwość rozpoznawania podstawowych wartości państwa. Dobre działanie wymaga bowiem aksjologii – rozpoznania tego, co dobre i wartości, które chcemy zachowywać. Chodzi o uchronienie się przez bezmyślnością, jaka pojawia się, gdy wartości są nierozpoznane i przyjęte milcząco oraz bez zastanowienia. I nie da się tu nie mówić o zdradzie. Małej i wielkiej. Nikczemnej, z zimną krwią, lub tej, która rodzi się w strachu czy niewiedzy. Zdrady zwykłych obywateli i polityków. I wreszcie jednych i drugich razem. Kto i kiedy zdradza Jeśli mówimy o wartościach, w tym o wartości dla państwa podstawowej, czyli o samym przetrwaniu, to poruszamy też problem wierności i sprzeniewierzenia. Jeśli przyjmujemy wartości i je realizujemy, to mówi się, że jesteśmy im wierni. Jeśli zaś w pewnym momencie porzucamy, to mówi sie o zdradzie. W przypadku państw i narodów ta perspektywa wykracza poza jedno pokolenie. Absurdem byłoby twierdzenie, że przynależność narodowa jest rezultatem jakiegoś jednostkowego wyboru. To wszystko jest procesem złożonym, który trwa wiele pokoleń. Zdrada tych wartości to nie tyle porzucenie tego, co sam wybrałem, ile tego, w czym wyrosłem i czemu jestem winien chociażby szacunek. Oczywiście, podstawowym punktem odniesienia pozostanie sytuacja graniczna – perspektywa całkowitej utraty niepodległości. Ale to tylko punkt odniesienia, a nie jedyny przypadek. Zwłaszcza, że utrata państwa nigdy nie jest wynikiem jednostkowego czynu, nawet nie działania jednej grupy. Zawsze stanowi skutek długiego i wieloczynnikowego procesu. Na to wszystko pracuje wielu ludzi i wiele pokoleń. Jeśli więc mówimy o wielkich zdradach, to nie zapominajmy tez o tych małych, pojedynczych. To one składają się później na wielkie zdrady. To właśnie takie spiętrzenie małych zdrad, pojedynczych wyborów, interesów i interesików doprowadziły do sytuacji, w której w XVIII w. Rzeczpospolita mogła być zlikwidowana. Zamknięta jak bankrutujący kram. Co więcej, ci sami zarazem zdradzali i ratowali. Słaby i sprzedajny król, który uchwalał konstytucję. Targowiczanie, którzy oddawali się Rosji, zarzucali oponentom, że ci sprzedali się Prusom. Stronnictwo patriotyczne nie zawsze było stronnictwem patriotycznym. Wśród targowiczan zdarzali się patrioci. Wszystko jakoś nie tak. I jak tu nie pytać o zdradę? O to, o czym myśleli? Jakie były etyczne konsekwencje ich działań? Surowość ocen Przy tym wszystkich należy oczywiście pamiętać o proporcjach, o tym, że małe nie jest tym samym, co duże. Trzeba też wziąć pod uwagę samo uwarunkowania poznawcze. Tylko wtedy można mówić o wielkiej zdradzie, gdy ktoś jest jej świadomym. Polityka jest natomiast najczęściej działaniem w amoku, z niedostateczną ilością informacji i bez świadomości skutków. Roztropność, która zawsze powinna brać pod uwagę konsekwencje własnych działań, w życiu publicznym ulega dziwnemu rozmyciu, jakby ktoś rzucił na nas czar. Nie zwalnia nas to jednak z odpowiedzialności za ćwiczenie sie w tej cnocie i w nieustannym powtarzaniu sobie, ze może nadejść taki dzień, w którym nasze państwo ponownie zniknie z mapy. Czy tego naprawdę chcemy? Czy, po prostu nie wierzymy, że może się dokonać? I co robimy, żeby nie zdradzać. Taki projekt ma przede wszystkim zatem charakter etyczny i wychowawczy. Nie jest przepisem prawnym, ani formułą, którą łatwo można zapisać. Ale przy tym wszystkim nie może zostać tematem, który poruszany jest w zaciszu domowym, przy kominku, świecach i domowym barszczu. To jest problem polityczny, a zatem publiczny. I jeśli zapyta ktoś, czy dzięki temu będziemy bogatsi, czy będziemy mieli lepsze drogi i baseny, to wtedy możemy udzielić dwóch odpowiedzi. Po pierwsze, po co lepsze drogi państwu, którego nie ma? Pytajmy więc przede wszystkim, jak przetrwać, a potem dopiero, jak trwać. Po drugie, nie ma sprzeczności między niepodległością a bogactwem i nowoczesnością. Przeciwnie. Okresy utraty niepodległości były dla naszego narodu czasem największej nędzy i zacofania. Po co więc zadawać tak głupie pytania? Polskie państwo, aby przetrwało, musi być nowoczesne. Oprócz wiedzy i kapitału, potrzebna tu jeszcze jest wola – ta zaś ma swoje źródło w rozpoznaniu wartości. Tylko wtedy ludzie chcą działać, gdy widzą tego sens. Inaczej rozpadamy się, dbając wyłącznie o własne sprawy, by później gorzko tego żałować w niewoli. Tak było, jest i będzie. Mateusz Matyszkowicz |