Teologia Polityczna




Newsletter
Odwiedziło nas

 

Fundacja Świętego Mikołaja

 

Muzeum Powstania Warszawskiego

 

Instytut Stefana Starzyńskiego

 

Centrum Myśli Jana Pawła II

 

Stowarzyszenie Twoja Sprawa

 

Ośrodek Myśli Politycznej

 

Fundacja "Dzieło Nowego Tysiąclecia"

 

Instytut Tertio Millennio

 

Muzeum PRL

 

Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej

 

Nowa Europa

 

Dialogi Polityczne

 

Nowe Kryteria

 

First Things

 

Christianitas

 

Fronda

 

Arcana

 

Międzynarodowy Przegląd Polityczny

 

Pressje

 

Biuletyn IPN

 

Zeszyty Karmelitańskie

 

Ius et Lex

 

Labolatorium Więzi

 

W drodze

 

Nowe Państwo

 

Gość Niedzielny

 

ETHOS

 

 

 

 

Radio Wnet

 

Salon24.pl

 

duchowy.pl

 

Fidelitas

 

Kresy.pl

 

Wydawnictwo WAM

 

Fundacja Odpowiedzialność Obywatelska

 

 

 

 

Instytut Tomistyczny

 

 

 

 

 

 

STOP PORNOGRAFII

 

 

 


  

 

Mecenta TP

 


  


 


 


 


 

 

Marek Cichocki, Czas silnych tożsamości Email

Image Historycy bardzo się denerwują, kiedy politycy zaczynają nadmiernie interesować się historią i używają jej jako argumentu w polityce.

 
 
Kiedyś Jerzy Holzer sformułował nawet stanowczy postulat, aby politycy zostawili przeszłość historykom, a więc profesjonalistom od przeszłości. A jednak to wyraźne pragnienie, aby przeprowadzić jasny podział kompetencji między zadaniami historyków i polityków, nigdy nie zostanie zrealizowany z prostej przyczyny: kolektywna pamięć o przeszłości jest tak naprawdę problemem politycznym.

Zwykłe biologiczne ograniczenie ludzkiej pamięci, która sama może przetrwać nie dłużej niż dwa lub trzy pokolenia, powoduje, że staje ona w samym centrum politycznej uwagi każdego państwa i polityka, dla których nie jest obojętne, o czym obywatele pamiętają, a co zostaje przez nich zapomniane. Polityka poszukuje odpowiedzi na pytanie, jak można zaradzić biologicznym ograniczeniom ludzkiej pamięci i jak zachować przez pokolenia to wszystko, co decyduje o istocie politycznej i narodowej tożsamości każdej narodowej wspólnoty.

Istnieją ważne powody, dla których historii nie można po prostu oddać historykom we władanie, a pamięć musi pozostać żywą substancją każdej polityki. Hannah Arendt, jeden z najwybitniejszych filozofów i eseistów XX wieku, napisała kiedyś, że państwo jest nie tylko wspólnotą dobrze i sprawiedliwie zorganizowanego działania, lecz także zorganizowanej pamięci. Państwo i pamięć historyczna wspólnoty są ze sobą nierozerwalnie powiązane: „Działanie, angażując się w ustanowienie i ochronę ciał politycznych, stwarza dopiero prawdziwe warunki dla pamięci, czyli dla historii” – pisze Arendt. Tak więc dopiero państwo stwarza warunki trwania zbiorowej pamięci i historycznej tożsamości. Bez niego pamięć taka nie byłaby możliwa; z konieczności rozpadłaby się na krótkotrwałą pamięć prywatną, indywidualną. Tak samo bez kolektywnej pamięci niemożliwe byłoby państwo ani wspólnota polityczna. Narody, które utraciły pamięć, naprawdę przestają istnieć.

 

Nie chodzi tutaj o wulgarną państwową propagandę historyczną w stylu peerelowskich słupów Chrobrego. Chodzi o historyczną tożsamość przypominającą opowieść, którą każda wspólnota może opowiedzieć o sobie samej, opowieść zawierającą różne wątki, pozytywne i negatywne, ale ułożone w pewnym porządku, kolejności przyczyn i skutków, we właściwych proporcjach tego, co naprawdę istotne, i co mniej ważne. Taka tożsamość pod postacią zbiorowej pamięci jest więc wynikiem czasami trudnej, ale możliwie otwartej i szczerej debaty publicznej – jest czymś stworzonym przez wszystkich.

Nie jest przypadkiem, że w latach dziewięćdziesiątych III Rzeczpospolita nie dopracowała się takiej zbiorowej tożsamości historycznej. Wręcz przeciwnie – uczyniono bardzo wiele, aby negatywnie naznaczyć pamięć kolektywną i wyrzucić ją poza nawias sfery publicznej; uznać za obciążenie, a nawet zagrożenie dla demokratycznej i gospodarczej transformacji w Polsce. Elity, które w latach dziewięćdziesiątych w pełni utożsamiały się z nowym porządkiem, uznały, że pamięć zbiorowa i tożsamość historyczna powinny być pod stałą kontrolą, a ich wpływ na publiczną debatę ściśle reglamentowany. W przeciwnym razie Polsce miały niechybnie grozić nacjonalizm, nietolerancja, ksenofobia, fala krwawych rozliczeń – może nawet wojna domowa. Logika reglamentacji i kontroli historycznej tożsamości w latach dziewięćdziesiątych stała się swoistą racją stanu III Rzeczypospolitej, warunkiem utrzymania wewnętrznego ładu i spokoju.

 

W ten sposób, szczególnie z zewnętrznej perspektywy, powstało dziwaczne wrażenie, iż Polacy – naród powszechnie uznany za wyjątkowo przywiązany do swojej historii i tradycji – w momencie odzyskania suwerenności w 1989 nagle odwrócili się od swojej przeszłości. Historia i zbiorowa tożsamość przestały być w Polsce w modzie – nie bez zdziwienia zauważył w połowie lat dziewięćdziesiątych niemiecki historyk Arnulf Baring. W obszernym artykule poświęconym Polsce Baring stwierdzał, że Polacy nie chcą już pamiętać o swojej historii, a konieczność przystosowania się do nowych warunków transformacji wymusiła na nich zupełnie nową pragmatyczną postawę, w której nie ma miejsca dla historycznego sentymentalizmu.

Obserwacja Baringa była ze wszech miar słuszna. W latach dziewięćdziesiątych, w okresie ustrojowej i gospodarczej transformacji, ustalania zasad funkcjonowania III Rzeczypospolitej, tożsamość historyczna i kolektywna pamięć praktycznie znikły z głównego nurtu publicznego życia i pojawiały się raczej na jego obrzeżach, jako wyraz pewnych ekstremalnych, niebezpiecznych, na pewno podejrzanych, narodowo-prawicowych tendencji. Ta swoista kolektywna amnezja, charakteryzująca polską transformację miała przynajmniej kilka zasadniczych przyczyn, z których warto wymienić cztery.

W naukach społecznych oraz w historii idei, które po 1989 roku dostarczały głównych teoretycznych i intelektualnych argumentów oraz uzasadnień dla transformacji polityczno gospodarczej w Polsce, idea pamięci zbiorowej była kategorią wyjątkowo podejrzaną. Głównym motywem tej niechęci wobec kolektywnej tożsamości Polaków nie było nawet to, że po upadku PRL tak wielu socjologów, historyków idei, intelektualistów, wreszcie autorytetów moralnych zapragnęło koniecznie przyswoić sobie liberalny sposób myślenia oraz stworzyło na własny użytek dość toporną definicję liberalizmu i liberalnej transformacji, ich zdaniem zawsze znajdującej się w ostrej opozycji do tradycji i historii. Powody były głębsze. Najlepiej wyraził je chyba Jerzy Szacki, wybitna postać z kręgu Warszawskiej Szkoły Historyków Idei. Według niego doświadczenie stalinizmu było tak dojmujące (przede wszystkim jako ideologiczna, totalitarna pokusa, której tak wielu intelektualistów uległo w PRL), iż w obliczu tego faktu nikt dzisiaj nie może rościć sobie pretensji do posiadania monopolu na historyczną prawdę i kolektywną pamięć – żaden kierunek intelektualny, żadna partia polityczna, żadne środowisko. Doświadczenie tamtego totalitaryzmu ma nas uczyć, że musimy się pogodzić z faktem, iż tożsamości i pamięci jest wiele, i żadna z nich nie może stanowić głównego punktu odniesienia dla narodu. Sama koncepcja tożsamości narodowej i narodowej historii jest zbudowana na emocjach i irracjonalnych postawach, dlatego jest zawsze niebezpieczna dla demokracji i wolnego rynku, szczególnie dla tak słabej i dopiero rodzącej się demokracji polskiej i polskiej gospodarki. Szczególnie nad Wisłą istnieją sprzyjające jakoby warunki do tego, aby tożsamość kolektywna i pamięć historyczna wyrodziły się w jakąś formę nacjonalizmu i ksenofobii.

Wyrzucenie pamięci kolektywnej poza nawias sfery publicznej miało oprócz tego teoretycznego powodu także kilka przyczyn praktycznych, wewnątrzpolitycznych. Spora część politycznych i intelektualnych elit III Rzeczypospolitej nie godziła się na jawne rozliczenie z komunistyczną przeszłością, nawet w formie łagodnej lustracji. Rozliczenie uznano za czynnik destabilizujący polską demokrację, a tym samym pamięć o komunistycznej przeszłości musiała budzić niepokój wśród przeciwników lustracji. Wyrzucenie tej kolektywnej pamięci o komunizmie ze sfery publicznej stało się czymś w rodzaju warunku zachowania wewnętrznego pokoju i bezpieczeństwa. I tak znany historyk Jerzy Jedlicki stwierdzał w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych: „Pamięć zbiorowa? Nie ma zbiorowej pamięci. Pamięć jest zawsze i tylko indywidualna”, i dodawał dalej: „Zadaniem pamięci zbiorowej, jeśli już mamy pozostać przy tym niezbyt fortunnym terminie, jest wymierzanie sprawiedliwości pogrzebanemu porządkowi i jego ludziom”.

Był także drugi powód praktyczny, brał się on z samej logiki postkomunistycznej transformacji w polityce i gospodarce III Rzeczypospolitej. Powstające struktury polityczne i biznesowe nie poszukiwały uzasadnienia czy ugruntowania dla siebie w kolektywnej pamięci i historycznej tożsamości Polaków. Wręcz przeciwnie, uciekały od nich, wiedząc, że to właśnie kolektywna pamięć może je zdemaskować. Żadna partia polityczna, czy polityczne środowisko nie mogły ze spokojnym sumieniem odwołać się do własnej, długiej demokratycznej tradycji ani do własnej, dobrze ugruntowanej w historii politycznej ciągłości. Żaden przedsiębiorca nie mógł powołać się na wielopokoleniowy proces kumulacji kapitału, który doprowadził go do obecnego bogactwa i pozycji. Jest dokładnie odwrotnie, kolektywna pamięć i historyczna tożsamość, a więc historia, którą Polacy mogli opowiedzieć o tym, co przytrafiło się im jako zbiorowości w ostatnich dziesięcioleciach, niechybnie odkrywała wszystkie deficyty polskiej demokracji i gospodarki, pokazywała, że są one przede wszystkim efektem nieczystych i niesprawiedliwych układów, zawiązywanych poza wiedzą opinii publicznej i poza regułami wolnego rynku.

Był jeszcze jeden powód, czwarty, można rzec natury ogólnej, wypływający ze światowych trendów lat dziewięćdziesiątych. Ostatnia dekada nie sprzyjała wzmacnianiu kolektywnej pamięci i silnym, wspólnotowym tożsamościom. Po upadku komunizmu zapanowała powszechna atmosfera, trafnie określona przez Francisa Fukuyamę mianem końca historii. Szczególnie w Europie (przede wszystkim w Niemczech) zaczęto mnożyć najróżniejsze post-historyczne i post-narodowe koncepcje, w myśl których czas kolektywnej pamięci i narodowych tożsamości definitywnie się zakończył. W ich miejsce miała pojawić się pamięć kosmopolityczna, globalna, ogólnoświatowa, charakteryzująca się niezliczoną liczbą różnych, pluralistycznych tożsamości. Jak zauważył ostatnio Charles Krauthammer, Europejczycy i Amerykanie naprawdę uwierzyli w to, że mogą sobie wziąć od historii bardzo długie wakacje. W tym kontekście polska krytyka kolektywnej pamięci w latach dziewięćdziesiątych była także dopasowaniem się do światowych trendów.

Dzisiaj wszystko jest jednak zupełnie inaczej. Przytoczone powyżej założenia pewnej teorii i praktyki wyrzucania kolektywnej pamięci i historycznej tożsamości poza obręb życia publicznego w Polsce zostały mniej lub bardziej zakwestionowane. Trudna debata wokół Jedwabnego pokazała nie tylko to, że w historii Polaków w XX wieku miały miejsce wydarzenia głęboko zawstydzające, ale także udowodniła, że jeśli nie ma pamięci zbiorowej, jak twierdzili niektórzy, nie można odwołać się do zbiorowego poczucia wstydu. A jeśli już zgodzimy się na zbiorowe poczucie wstydu, to jak nie zgodzić się na zbiorowe poczucie dumy? Z kolei polityczne skandale ostatnich dwóch lat odsłonięte przez media i publiczne przesłuchania w komisjach parlamentu, nie tylko naruszyły fundamenty III Rzeczypospolitej, nie tylko sięgnęły szczytów władzy, ale również uświadomiły, iż demokracja i gospodarka nie mogą funkcjonować, jeśli zostaną zbudowane na ewidentnym zafałszowaniu kolektywnej pamięci obywateli. Do tego dochodzą zdarzenia zewnętrzne. Przede wszystkim nowe, niepokojące tendencje w historycznych debatach naszych zachodnich sąsiadów oraz idea budowy w Berlinie Centrum Przeciw Wypędzeniom uświadomiły wielu Polakom, nawet tym, którzy byli do niedawna zdeklarowanymi przeciwnikami pamięci zbiorowej i jakiejkolwiek polityki historycznej państwa, że we współczesnym świecie Polacy także potrzebują własnej historycznej tożsamości. To przekonanie zostało wzmocnione przez wejście Polski do UE. Polacy spostrzegli, że nie żyją na bezludnej wyspie, i że są konfrontowani z roszczeniami innych narodów do uznania ich historycznych tożsamości, nie zawsze zgodnymi z naszymi przekonaniami. W końcu po wydarzeniach 11 września 2001 roku zasadniczo zmieniły się także panujące w Europie i Ameryce poglądy dotyczące domniemanej definitywnej śmierci historii oraz końca silnych wspólnotowych tożsamości budowanych na bazie religii i kultury.

Wszystko to zmieniło nasze nastawienie do polskiej tożsamości historycznej i do kolektywnej pamięci. Historia znów jest w modzie. Dzisiaj nawet duże prywatne firmy gotowe są sponsorować konferencje na temat wartości i tradycji, bowiem nasi domorośli biznesmeni zrozumieli, że to tutaj tkwi właściwe źródło kapitału społecznego zaufania, koniecznego dla stabilności rynku i demokracji. Po piętnastu latach suwerennej Polski doczekaliśmy się Muzeum Powstania Warszawskiego, nowoczesnej, multimedialnej placówki edukacyjnej o jawnym programie kształtowania pamięci historycznej przyszłych pokoleń Polaków. Z kolei obchody sześćdziesięciolecia Powstania Warszawskiego pokazały, że Polacy pragną afirmować własną historię, chcą się nią cieszyć i wspólnie w przestrzeni publicznej świętować. Pojawiły się nawet pewne wyraźne symptomy czegoś, co można by nazwać kultem flagi narodowej. Socjolodzy wydają się być zgodni co do diagnozy: Polacy zadecydowali, że chcą powrotu historycznej tożsamości i kolektywnej pamięci do sfery publicznej swojego państwa i że w pewnym stopniu ten powrót stanowi dla nich odtrutkę na nędzę wstrząsanej coraz to nowymi skandalami korupcyjnymi praktyki partyjnej polityki, jest sposobem odzyskania godności, której nie dała im dotąd ani demokracja ani rynek w postkomunistycznym wydaniu.

Polska znajduje się w fazie, w której, po dekadzie banicji historii ze sfery publicznej, zaczynamy poszukiwać coraz wyraźniej odpowiedzi na pytanie: kim jesteśmy? Strażnicy politycznej poprawności na pewno już wkrótce będą chcieli przywołać nas do porządku. Pojawi się stary argument, że zbyt silne akcentowanie własnej historycznej tożsamości doprowadzi nas do nawrotu megalomanii, do ciągłego przedstawiania się w roli ofiary, do historycznej postawy roszczeniowej wobec innych narodów, wreszcie do nacjonalizmu. Pojawi się też niechybnie drugi argument, iż zbyt silne akcentowanie własnej tożsamości i pamięci kolektywnej będzie nas izolować od nowej europejskiej tożsamości, że będziemy w Europie niezrozumiali i irytujący. W przypadku pierwszego argumentu warto wyciągnąć naukę z ostatniej dekady: wyrzucenie tożsamości historycznej poza sferę publiczną deformuje ją i nie ma lepszego sposobu kontrolowania kolektywnej pamięci, jak uczynić ją samym rdzeniem publicznej debaty w demokracji. Jeśli chodzi o drugi argument, to tożsamości europejskiej nie można budować przez redukowanie tożsamości narodowych – taka tożsamość byłaby jakimś potwornym fałszem, owocem koszmarnej socjotechniki. Tylko te narody, które są świadome swojej tożsamości, mogą wraz z innymi budować w szerszym kontekście, wspólną europejską kulturę. Bez tożsamości historycznej i bez kolektywnej pamięci nie będziemy wcale lepszymi Europejczykami.

 

Źródło: Polityka historyczna. Historycy - politycy - prasa, Muzeum Powstania Warszawskiego, 2004

 

 
Copyright © 2003-2010 Teologia Polityczna